Pamiętnik z Powstania Warszawskiego - okładka

O tym, jak… nie całkiem rozumiem – Miron Białoszewski – Pamiętnik z Powstania Warszawskiego

Wojna

Teraz to jest dopiero kino. Już trzy wpisy mam do przodu, a nie mam kiedy ich wrzucić na stronę. Tego jeszcze nie było, a w zasadzie to było, ale tylko raz jeden. No i teraz już czwartą rzecz piszę. Kolejna recenzja i to książki, którą raz przypadkiem kupiłam i teraz raz przypadkiem przeczytałam, bo mi ją ktoś na półkę bieżącą wtarabanił. Muszę się przyznać, że jest też drugi feler z tą bieżącą półką — są na niej Księgi Jakubowe. Może bardziej zalegają, niż są, i co patrzę na tę cegłówkę, to kombinuję, żeby coś innego czytać, bo jej objętość w połączeniu z ciałem lewaczym autorki trochę mnie przeraża, trochę bardzo, bardzo, bardzo, bardzo.

Z czym dzisiaj do was przychodzę?

Z takim przedziwnym starociem i szczerze przyznam, że chyba w całej Polsce to ja jedna w tym roku tą opowieść przeczytałam. Pamiętnik z Powstania Warszawskiego to już naprawdę jest niszowa lektura. Chociaż gdzieś tam w szkole najstarszej mej zimorośli były w podręczniku z książki tej właśnie fragmenty. Czytać jednak całej chyba nikt nigdy nie próbował.

Pamiętnik z Powstania Warszawskiego

W co też ja się władowałam. Pamiętnik w stylu obuchowym, bardziej równoważnikami zdań pisany. Szybki jak z maszynowego karabinu wypluty. Topornie, ze szczątkowymi opisami stworzony. Trochę mnie to wkurzało, aż w pewnym momencie pomyślałam: czy można pięknie pisać o tkwieniu w piwnicy, bez kąpieli, bez wody, bez toalety? Czy potrzebne są piękne z kanału opisy, jak brodzą w szlamie? Czy można pięknie o walących pociskach pisać, jak nie tylko że szafa wali albo że ryczą jak krowy? Nie całkiem wiem, czy można, ale też teraz wyobrazić sobie ciężko to wszystko. Samemu w głowie trzeba dopowiadać, obrazy gruzu rysować, biegów po desce, za barykadą czołgania.

Ani to zła książka, ani dobra. Ani ciekawa, ani nudna. Nijaka jakby w tym wszystkim. Może to po prostu ten marazm bohaterów tak się w niej udziela. Autor niby opisuje wspomnienia swoje z czasów powstania, lakonicznie, reportersko, jakoś tak, jakby całe to okropieństwo wyzuło go z wszelkich emocji. Nie był żołnierzem, był cywilem i o cywilach właśnie pisze. Początkowo po piwnicach siedzą, a potem to już tylko w dziurach, gdzieś w gruzach, pochowani. Szczęśliwi, jeśli gdzieś z rur woda jeszcze się sączyła. Ponad połowa historii to bezproduktywne siedzenie właśnie tak, potem szukanie nowych lokalizacji, ciut lepszych, ciut bardziej do życia zdatnych. Jakaś organizacja jedzenia, codzienne do Myryji litanie i czekanie. W zasadzie nie wiadomo, na co. Na Ruskich chyba, ale tu wiemy, że niespecjalnie się wszyscy doczekali.

Historii nie ma co powielać

Jeśli serio chcecie zanurzyć się w klimacie powstania, to nic innego tak dobrze tego nie oddaje jak Lao Che i ich płyta. Samo Powstanie — czy rozliczać je, czy tych, co je wymyślili, wieszać? Czy bohaterstwo głupie to bohaterstwo jeszcze, a może bohaterstwo młodości głupie jest z zasady? A może została nam po powstaniu ta siła fatalna, to krytyczne spojrzenie na współczesną młodzież? Nie wiem do końca, którzy są mądrzejsi: ci, co żyją już całkowicie bez złudzeń, bez ideałów, bez Boga, deklarują się jako pacyfiści, a tak serio to mają po prostu wy…jebane, czy tamci, co za… no właśnie, za co… za ideały poszli po piękną, bohaterską śmierć? W co oni wierzyli, w wolną Polskę? Skąd u nich te dziwne rojenia? Może dosyć się napatrzyli na działania okupanta, może chcieli komuś zaimponować, może mieli dość bycia bierną ofiarą bez przyszłości, bez perspektyw na normalne życie.

Czy heroizm stał się walutą społeczną?

Ceniono odwagę, konspirację, ryzyko. Młody chłopak czy dziewczyna chcieli być kimś ważnym, potrzebnym, podziwianym. Presja była przecież ogromna. Bo w te frazesy o domniemanej wolności, wychowaniu w patriotyzmie, etosie walki jakoś ciężko mi do końca uwierzyć. Babcia moja miała trzynaście lat, kiedy wojna wybuchła, i zawsze powtarzała, że i przed wojną w polityce burdel był taki jak i dzisiaj. Więc za co walczyli, skąd u nich to myślenie, że tak trzeba, że to dobre, że przesądza o wartości człowieka? Czy zabijanie kogokolwiek o czymkolwiek może przesądzać? Co zrobić trzeba człowiekowi, że chciałby drugiego zamordować? Tyle pytań, tylko czy są na nie jakiekolwiek dobre odpowiedzi? Chyba raczej tylko domniemania i dywagacje.

Kiedyś dorośli w wieku szesnastu lat, teraz dzieci nawet po trzydziestce

Dziwnie to wszystko się kręci. Jakiej propagandy ofiarą byli wtedy oni, a jakiej ofiarą jest współczesna młodzież, bo że jakaś była i jest, to myślę, że pewne. Żeby było jasno, ja nikogo nie krytykuję, jeśli tak to zabrzmiało, to przepraszam. Człowiek wolnym jest, może robić, co uważa za słuszne. W każdym razie powinien móc. A z tym to, jak wiadomo, różnie bywa. Troszkę mi się odbiegło od „Pamiętnika”. Może dlatego, że niezmiennie fascynują mnie mechanizmy ludzkich postępowań. Nie znalazłam w tej książce jednak żadnych odpowiedzi, niczego, co by mnie wzruszyło, zasmuciło, przy czym serce zabiłoby szybciej.

Ciekawostki jakieś może tylko: że na wszystkich placach rosły kartofle, że były dzielnice, w których życie toczyło się w miarę normalnie do samego końca, w czasie gdy w innych siedziano pod kupą gruzu w zawalonej piwnicy, nasłuchując. Tylko raz jeden poczułam klimat, gdy bohater nasz wędrował gdzieś ścieżkami przez gruzy, piwnice, puste mieszkania, barykady. To był tylko jeden jedyny raz, poruszający moją wyobraźnię. Białaszewski trochę zamordował swym dziełem heroiczne „piękno” Powstania Warszawskiego, odrealnił je. Może po prostu tak to widział po latach, wypierając towarzyszące tamtym chwilom uczucia. Tak, to byłoby bardzo ludzkie.

Pamiętnik z Powstania Warszawskiego

Niestety nie polecam. Pozostaje dziwny niedosyt. Nie całkiem rozumiem zamysł autora — czy to tylko bezbarwne już wspomnienie, czy próba, nieudana próba uchwycenia przeżytej traumy?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *