Znacie takie ustrojstwo, co się zowie kosą spalinową?
No niby nic nadzwyczajnego, ot, narzędzie ogrodnicze chaszczowego mordu. Też tak do wczoraj myślałam. Kosa spalinowa – co też w tym może być dziwnego? Okazuje się, że mogą być dziwne akcje z takim właśnie elementem. Nie mam na myśli koszenia poboczy dróg w czasie deszczu. Do tego to już chyba wszyscy się przyzwyczaili.
Myślę, że to by była niezła historia do utworu dla Łony, taka życiowa, myślę sobie. Coś by z tego wykrzesał, bankowo. A teraz uwaga.

Opowieść pierwsza
Kilka dni przed zakończeniem roku szkolnego w naszym wiejskim, piekielnie drogim i istniejącym już chyba jedynie z racji starodawnego dawania na zeszyt sklepiku zepsuł się terminal. Ranek był dziadowski, dzieci dały do wiwatu, chleb się skończył i ogólnie wydarzył się jakiś koszmarny poranny armagedon. W akcie desperacji i rozpaczy, no i braku śniadań dla małych potworów, postanowiłam kupić po drożdżówce w sklepiku. Tak, wiem, jestem wyrodną matką. Nie wstałam o 4 rano, aby smażyć beztłuszczowe, bezlaktozowe i bezsmakowe placuszki jaglano-gryczane z serem białym ekologicznie dojonej o wschodzie słońca dzikiej muflonicy, okraszone pudrem z czarnuszki i blaskiem jutrzenki, spod masywu Śnieżnika. Trudno, godzę się z tym.
Pojechałam więc po te chamskie, cukrzaste, ale za to cholernie drogie drożdżówki, a tam terminal nie działał. Trzeba było wpisać się w magiczny sklepowy zeszyt w twardej okładce, dość już sfatygowany, i pamiętać, aby wracając z roboty, wstąpić i zapłacić, aby tym aktem zostać z zeszytu wykreślonym. Jak zaplanowałam, tak też uczyniłam. Wracając, wstąpiłam do sklepu, aby zaznać przyjemności wykreślania mej osoby gdzieś spomiędzy ubogiej staruszki przed rentą a sąsiada alkoholika. Tam też spotkałam znanego miejscowym faceta o charakterystycznej aparycji, co to czasem skosi pobocze albo wędruje sobie drogą od lewej do prawej strony chodem zygzakowatym. Pan Miejscowy Koloryt kupuje, również na zeszyt, pół litra piekielnie drogiej czystej – czyli po naszymu: halba.



Zasadniczo nic w tym niezwykłego. Dwunasta godzina to już w sam raz na takie trunki, pomyślałam, i pojechałam do domu. Godzinę później wracam do szkoły po dzieci i oczom mym ukazuje się taki oto obrazek. Koniec asfaltu, prawa strona drogi, niewielki rów, skarpa pobocza i w tym to właśnie rowie, malowniczo wkomponowany, oparty o skarpę trochę plecami, a trochę bokiem, leży znajomy Pan Miejscowy Koloryt. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że leży, śpi smacznie i jednocześnie trzyma w swych rękach odpaloną kosę spalinową. Zgaduję, że rzeczona halba nie była paliwem dla narzędzia ogrodniczego, a i koszenie słabo szło chyba, ale skąd ten wniosek wysuwam – nie wiem.
Opowieść druga – wczorajsza
Wakacje. Siedzimy z maluchami obok placu zabaw, znaczy ja siedzę na ławce, a one jeżdżą na rolkach na boisku obok. Boisko w stylu betonowym, ewidentnie z czasów zamierzchłych, przedtartanowych. To było jeszcze wtedy, gdy nikt nie przejmował się, czy ktoś nie zedrze sobie skóry z całego ciała, orając po betonie przy okazji gry w kosza. Nasze pokolenie, co mieszkało na dnie jeziora, a do szkoły szło przez bagna pełne komarów, węży i toksycznych oparów, rozumie ten zamysł. Za boiskiem łąka, za łąką blok. Można by rzec, że to taki osiedlowy klasyk.



Nagle jakiś okrutny hałas. Coś jakby kosa spalinowa, ale poruszająca się z szybkością małego helikoptera. W dodatku dźwięk jest coraz bliżej. Rozglądam się w panice, czy coś mi na dzieciaki nie wyskoczy, i nagle zza bloku wyjeżdża hulajnoga elektryczna. No, ale nie taka zwyczajna hulajka. A gdzie tam! To bystrzycka, osiedlowa hulajnoga typu Husqvarna. Na hulajnodze dwóch kolesi. Jeden kieruje, a drugi trzyma w rękach odpaloną kosę spalinową. Prują przez trawnik dosyć szybko, jednocześnie wykaszając przed sobą trawę tą kosiarką. Powiem wam, że to jest coś, co można zobaczyć raz w życiu. Tego już się nie odzobacza. No i muszę przyznać, że BHP nawet zachowali, bo element koszący był w kasku.
Ja nie wiem, z czego może jeszcze słynąć Kotlina Kłodzka, oprócz powodzi, handlu ludźmi, niewłaściwego wykorzystywania zwierząt i dzieci oraz strzelanin. Nie wiem, ale chyba są znaki.
Tekst: Kwyrloczka
Zdjęcia: Rymbaba
Na zdjęciach: Roślinność w sam raz do skoszenia
