Wojna nie odpuszcza w mojej lekturze
Z powstania przesiadka na drugą stronę barykady. A po tej drugiej stronie czeka krótka opowieść o życiu pewnego czerwonoarmisty, co tępy on jest jak buzdygan, głupi jak but i ciemny jak tabaka, a to wszystko w dodatku nieuleczalnie. Brzmi ciekawie, czyż nie? Tak zaczyna się z nim ta niedługa podróż i zaczyna się jednocześnie satyra na głupotę sowieckiego luda.
Czy ja mam jakiegoś podświadomego rosyjskiego lektora?
Pierwszy raz chyba miałam taki przypadek, że mój wewnętrzny głos, ten w głowie – wiecie, ten, co czyta literki i jest twoim własnym, odśrodkowym, darmowym audiobookiem – przełączył się zupełnie sam na rosyjski sposób mówienia, z takim charakterystycznym, bardzo silnym rosyjskim akcentem. To chyba może być jakiś drobny wstęp do schizofrenii, tak myślę. Dziwna to była sytuacja, bo chociaż początkowo usiłowałam, nie umiałam się tego rusyfikowania wymowy kompletnie pozbyć. Z czasem zaczęło mnie to jednak strasznie bawić. I już tak było do końca książki, że ktoś czytał mi ją w zupełnie innym stylu.
Ale, ale co tam robi nasz czerwonoarmista?
Nasz dziwny bohater podróżuje po jeszcze polskich ziemiach, a że wierzy święcie w całą sowiecką propagandę, wszystko, co spotyka na swej drodze – począwszy od termosu na kawę, który myli z pociskiem, po normalnie zaopatrzony sklep – wydaje mu się burżujską propagandówką. Nawet to jest zabawne, a w każdym razie zabawne na początku tej podróży. Chociaż pewnie ci, co jeszcze pamiętają tę zauralską swołocz, nigdy, nawet przez chwilę, niczego zabawnego by się tutaj nie doszukali. Szkoda tylko, że „Zapiski Oficera Armii Czerwonej” nie pozostały tak zabawne przez łzy do końca.
Losy wojny zmieniają się, kto uważał na historii ten wie jak było
Nasz durnowaty czerwonoarmista musi wreszcie uciekać przed Niemcami. Czekajcie, czekajcie… Czy tak wolno pisać: „przed Niemcami”? Może zamienią to na: „przed niemieckimi nazistami”. Albo lepiej: „przed niemieckimi narodowymi socjalistami”. Socjalistami, nie skrajną prawicą – i piszę to, bo wydaje mi się, że dla wielu może to być niejasne. Aaa, i nie chodzi mi też o faszystów, tych włoskich, tych od pewnego jegomościa z bujnie owłosioną klatą.
Wracając jednak do „Zapisków Oficera Armii Czerwonej”. Nasz durnowaty czerwonoarmista musi wreszcie uciekać przed Niemcami. Ukrywającego się w lasach, głodnego i brudnego, przygarnia starsza pani szlachcianka, która synów na wojnie potraciła i sama na gospodarstwie pozostała. Przygarnia ona i z biegiem czasu pokocha też tego durnia, Michaiła Zubowa. Ziemię swoją chce mu oddać, a i o córkę sąsiadów pomaga mu się starać. Tłumaczy mu i uczy go o świecie, polityce, miłości.
Kiedy już ma człowiek nadzieję, że będą z chłopaka ludzie, że jednak coś w tym bałaganie myśli można poukładać, sielanka się kończy i kończy się niestety tragicznie. Nie chcę zbyt dużo pisać o kolejnych wyczynach bohatera – to nie jest przecież długa książka, a może ktoś skusi się zapoznać z tą dziwną historią z dawnych lat.
„Jaki morał, jaka nauczka?”
Rosyjski komuch to stan umysłu podobny do kierowcy audi – tak głęboko skrzywiony, że nawet miłość, szczere serce, dobroć i kodeks ruchu drogowego nie są w stanie go odmienić. Można myśleć, że człowieka tak skrzywdzonego propagandą dało się ocalić, ale niestety – nie można.
Myślę po czasie, że tak duże pokłady żalu i smutku pozostawiły we mnie „Zapiski Oficera Armii Czerwonej”, jakich nie czułam dawno. Chyba nawet czytając o powstaniu, a nawet jakby się głębiej zastanowić przy „Dymach nad Birkenau”, nie było mi tak źle na duszy, chociaż tamte historie były przecież prawdziwe i nie było w nich nawet najmniejszego cienia czegoś zabawnego.



Wydawnictwo – Książka dla wszystkich GRYF Publications LTD. Londyn 1957
Jeszcze słowo o moim wydaniu. Jest ono takie małe i delikatne, że aż strach było brać książkę w dłonie. Zwykła, biała okładka z grubego, szorstkiego papieru, trochę jak blok techniczny, ale bardzo, bardzo słabej jakości. W środku zadrukowane partiami stronice z przeróżnych rodzajów papieru: jedne gładsze, inne bardziej szorstkie, bielsze i żółtsze – takie, jakie akurat były dostępne. Środek związany cienkim drutem. Zakazana historia wydana w Londynie. To chyba jeszcze dodatkowo dodawało tej opowieści dramatyzmu.
Dziwne to były czasy – ksiąg zakazanych nie pierwsze już zresztą i może jeszcze tak się stać, że nie ostatnie.
