O tym, jak… za mało na naród, a za dużo, żeby nas nie uwierało – Zbigniew Rokita – Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku

Co mom Wōm ô tym pedzieć?

Tak jak nie miałam serca do tej książki, tak nie mam serca do tej recenzji. Problematykę przynależności Górnego Śląska, naszej narodowej tożsamości, co to ponoć lepiej, żeby nie istniała, znam od podszewki — historycznie i z autopsji, jako Ślōnzok. Czytanie dodatkowo o tym, co sprawia, że boli mnie serduszko, nie dawało mi zbyt wiele przyjemności, a niestety nawet denerwowało. Mój kobiecy radykalizm buzował wtedy w środku i czułam, jak coś każe mi myśleć zupełnie nieracjonalnie, a często nawet głupio. Nienawidzę wtedy Polski i przeklinam dzień, w którym zostaliśmy do niej przyłączeni, chociaż, myśląc rozsądnie, pewnie i w Niemcach nie byłoby wcale inaczej. Żadnemu krajowi narodowemu wszak nie po drodze z mniejszościami — wieczna tylko z tym szarpanina i przekręcanie wajchy, to z jednej, to z drugiej strony. Ciągłe na coś nadzieje i nadziejami tymi mamienie z drugiej strony.

Kajś tam w środku TY, z ciągłym bólem dupy. I taką oto myślą, jaką Zbigniew Rokita ubrał w słowa, dając najprawdziwszą i najsmutniejszą diagnozę śląskości, jaka istnieje:

Za mało na naród, a za dużo, żeby nas nie uwierało.

ZBIGNIEW ROKITA – AGLO. BANKĄ PO ŚLĄSKU

Forsztelujecie sie, jak ciynżko je nōm samym żyć?

Czy wiecie, że byliśmy polonizowani w szkołach? Nie wolno było w szkołach godać — i koniec. Nauczyciele zabraniali, tępili i robili to tak skutecznie, że rodzicom strach było dzieci śląskiego uczyć. Wszystkie te smętne lektury o walce Polaków z rusyfikacją? Serio? Te Syzyfowe prace w podstawówce, ta cała opiewana i rozpamiętywana ogólnonarodowa walka o polski język, kulturę, szkołę — i co? Zrobiono nam dokładnie to samo. Kwintesencja hipokryzji w wydaniu państwowym.
A w zakładach pracy? Zawsze jako obywatele drugiej kategorii, na wysokich stanowiskach same gorole.

My — ostatni do nowych mieszkań, czekający latami. Za to oderwani od własnego świata ludzie z kieleckich wsi, wprowadzani do nowo wybudowanych bloków. Te niesamowite opowieści, że w muszli klozetowej trzymali kartofle, na balkonie wieprzka, a na ulicy klękali, jak „banka” przejechała, bo myśleli, że ksiądz z ostatnim namaszczeniem idzie.
Latami nie uczono w śląskich szkołach niemieckiego, jakby wiecznie się bojąc, że nagle obudzi się w nas jakaś fanatyczna miłość do Reichu. I co? Wyjedziemy? Chyba w najlepszym wypadku jako zakamuflowana opcja niemiecka. Zapytajcie jednak tych, których przesiedlali, jak to fajnie tak sobie gdzieś wyjechać — szczególnie z przymusu.
Wiecznie wyśmiewani za „gwarę”, która jest dla nas naszym językiem. Latami już żyjemy jak obcy w kraju, który powinien być też nasz. Bo w śląskich rodzinach były Ślonzoki bardziej niemieckie i bardziej polskie. Chop taki, a baba tako — i cóż to zmieniło?

Co to ta afa?

Ciągłe niezrozumienie problemu Górnego Śląska i jego fenomenu, a za to podsycanie niechęci pogłębiało i nadal pogłębia jedynie nasz uraz do kraju, w którym przyszło nam koegzystować. Ciągle w głowie te słowa brytyjskiego premiera tłuką się jak mantra: „Oddać Polakom śląski przemysł to jak dać małpie zegarek”, i współczesny już dalszy jego ciąg, że „niestety, ta małpa ten zegarek zepsuła”.
I coś w tym jest. Katowice wprawdzie rozbudowują się na potęgę, ale reszta dookoła jakby umiera — jakby stolica wysysała z miast ościennych całą energię i siłę witalną. Ciągnie ją chyba tak mocno, że aż zapada się oddzielony od nich Chorzowem Bytom.

Terozki na dōlnym

Moje dzieci od małego uczone są tego, że chodzą do polskiej szkoły, ale nie są Ślōnzokami. Tak też w swoich szczerych przedszkolnych wypowiedziach mówią nauczycielom. Tu, na obcej dla nas ziemi, chociaż wydaje mi się, że bliższej nam historycznie niż tym nieszczęsnym przesiedleńcom z terenów współczesnej Ukrainy, wydaje nam się, że ci ludzie to szanują. To jest nasza praca u podstaw, nasza syzyfowa praca. Może dla nich to tylko koloryt — jedna rodzina, co dziwnie godo kajś z Katowic, a może jednak coś więcej, coś, co w ich oczach uczyni nas jednak odrębnymi.

Po tym cołkim szkamraniu — Kajś. Gyszichta ô Gōrnym Ślōnsku

Wybaczcie, jak pisałam, nie mam na to humoru. Jeśli jednak chcielibyście zrozumieć to, o czym wcześniej pisałam z goryczą — zrozumieć, czemu u nas dziadek, a AK to jest zgoła coś kompletnie innego. Skąd cały ten Górnośląski burdel? To książka Kajś. Gyszichta o Górnym Śląsku (Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku) jest pozycją obowiązkową i wystarczającą. Czyta się szybko i przyjemnie, jeśli oczywiście nie jesteś zaangażowany emocjonalnie. Zawiera w sobie wszystkie nasze bolączki, pokręcone losy granic, nie tylko ziemi, ale i śląskich rodzin i dusz. Przystępnie opowiada Rokita o tym wszystkim, co nas definiuje.

Dedykuje ją tym wszystkim ludziom z zewnątrz, którzy tyle wiedzą o nas, ile im się w telewizji obiło o uszy. Teraz to chyba tyle, co zobaczyli w serialu Ołowiane Dzieci, i co niestety, cholera, znowu dla Ślōnzoków jest krzywdzące. Może ta książka, chociaż pewnie niszowa, pozwoli zrozumieć choć trochę, kim i jacy jesteśmy. Tak jak my czytamy o Waszej polskiej walce z rusyfikacją, czy o heroizmie warszawskiego powstania i szanujemy Was za tę walkę, tak czytając naszą historię oddajcie nam tę odrobinę wzajemności.

No, a terozki bydzie nojgōrsze

To, że się szarpiemy o narodowość i nasz język, to jest jedna rzecz. Ale w środku też gdzieś się szarpiemy — o zgrozo, sami ze sobą. Moje wydanie Kajś jest wydaniem śląskim, znaczy po śląsku pisane. Szacunek dla pana Kulika, który walczy i pracuje nad tym, aby nasza godka została skodyfikowana. ALE! Jego śląski to nie jest mój śląski.

W całej książce pan Rokita pięknie tłumaczy na wielu stronach, że tak jak przebiegała granica, ścierały się wpływy — albo polskie, albo niemieckie, przenikały się te mowy, czerpiąc słowa, wplatając je w swoje zwykłe życie. Wiele było słów zaczerpniętych z niemieckiego, były też z czeskiego i staropolskie, a nawet jedna francuska rymowanka (katar). Wynika to z naszej regionalnej przechodniości historii. Tutaj wjeżdża pan Kulik ze swoim polishślązisz, albo nawet staropolisz, i tym tłumaczeniem jakby neguje całą tę książkę, a jednocześnie całą tę bliżej niemiecką część Śląska. Mówiąc jeszcze pysznie na kartach samej książki, że będzie taki śląski język, jak on wymyśli — że to dobrze i kropka.

I znowy połowa, tym razem jego rodaków, jest poszkodowana i wnerwiona. Ja jestem i tak, jak Komisorz Hanusik Marcina Melona jest napisany w moim języku, tak tłumaczenie pana Kulika już nie. Źle mi się to czyta, ciężko czasem ogarnąć słowa, zwroty i zdania, które ja bym zupełnie inaczej pedziała — począwszy od użytych słów, a kończąc na konstrukcji gramatycznej. Czuję, jakby przekreślił trochę tym polishślązisz przykładowo Chorzów, Rudę i Bytom z ich i moją godką, jakby my byli mniej Ślōnzokami, czy jak?

No i gynał do rzici to wszyjstko, jak nawet we środkū, we wōłasnym ôrganiźmie niy do sie z tym dolyź do zgody.


Tekst: Kwyrloczka

Zdjęcia: Rymbaba

Na zdjęciach: Alpy Wełnowieckie 2019 rok, albo i wcześniej mroczne jak naszo ślōnsko gyszichta

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *