Czeskie uzdrowisko Jesenik

O tym jak… brać prysznic w uzdrowisku Jeseník

Znowu cofniemy się w czasie

Wczoraj było o tajemniczym welonie Marii Antoniny a dzisiaj, jeśli mi się uda zmieścić w czasie, będzie to tajemniczym słowie prysznic. Żeby tą przedziwną słowotwórczą historię rozpocząć zupełnie przypadkowym wyborem, z cyklu palcem po mapie sąsiada. Tak trafiliśmy do Czeskiego uzdrowiska Jeseník. Znowu mamy rok 2019, grudzień jesteśmy w dalekiej już dość przeszłości. Pogoda średnio nam dopisała ani nie było śniegu, ani słoneczka. Niewiele wyszło w tym dniu zdjęć, ale coś jednak w wyniku wnikliwej selekcji udało się wybrać.

Park Uzdrowiskowy

Wędrowaliśmy sobie parkowymi alejkami. Podziwialiśmy pozostałe z dawnych lat pomniki, figury, stare nasadzenia. Nowości też tutaj nie brakuje. Często mam wrażenie, że Czesi jakoś bardziej dbają o to, co starego u nich pozostało. Może to jedynie moja subiektywna ocena, ale jednak stopień odnowienia tej drugiej strony leżącej jak w przypadku Jeseník, 17 kilometrów od granicy, wydaje się większy. Myślę, że powinniśmy tu wrócić wiosną, lub latem, jest w parku zdrojowym jeszcze kilka miejsc, których nie odkryliśmy.

Co z tym prysznicem?

To jest dopiero ciekawa historia. Polskie słowo prysznic jest naprawdę wyjątkowe, a pochodzi wprost od nazwiska – Vincenz Priessnitz. No, teraz mogłaby rzec nasza najstarsza zimorośl: mamusiu, tatusiu ja całe dzieciństwo mówiłam presznic i miałam rację.

Wracając jednak do pana Vincenza, był bardzo ciekawą osobą. Przyszedł na świat 4 października 1799 roku w rodzinie rolnika w kolonii Jesionik w Grofenberku. W wieku 16 lub 17 lat uległ wypadkowi. Spadł biedak z konia, a gdyby tego było mało przejechał po nim w gratisie wóz i połamał mu żebra. Przyszedł szarlatan szuja, obejrzał go pobujał i orzekł, że będzie mu pisane kalectwo już do końca życia. Uwaga teraz wchodzi legenda. Pan Vincenz, przypomniał sobie, że widział kiedyś sarnę moczącą zranioną nogę w zimnej wodzie strumienia, a ponieważ nie miał niczego do stracenia zrobił sobie okład z zimnej wody i owinął się szczelnie chustami. Jak się pewnie domyślacie, wyleczył się chłopina a jednocześnie tak go natchnęło, że postanowił pomagać innym nieszczęśnikom potrąconym przez wozy.

Od pucybuta do milionera w wydaniu śląskim

Nie było mu jednak w tym wodolecznictwem łatwo. Historia lubi się powtarzać, a czasy dawne niejednokrotnie zaskakują podobieństwem do współczesnych. Priessnitz posądzony został przez światłe autorytety medyczne tamtych czasów o znachorstwo. Wybronił się jednak ponieważ swoich pierwszych kuracjuszy okładał jedynie zimną wodą i nie używał do tego żadnych ziół czy innych substancji. Widać w tamtych czasach sąd uznał, że polewanie chętnych i gotowych zapłacić wodą nie może być uznane za przestępstwo i pewnie też za żadną terapię. Kolejne lata uznani medycy patrzeli mu na ręce, aż wreszcie dopatrzyli się skuteczności metody i dali Priessnitzowi całkowicie wolną rękę.

Okładał on więc polewał i ziąbił. Stosował wodne diety, lewatywę, saunę i gimnastykę. Leczył wyłamane stawy kończyn, złamania, wylewy podskórne, reumatyzm, artretyzm, zaparcia oraz choroby układu pokarmowego. Stosowane metody musiały być skuteczne. Jego sławny prysznic był po prostu rurą z wodą na wolnym powietrzu, którą polewał ulokowanych w basenie kuracjuszy.

Rozbudowywał sanatorium i swój autorytet do tego stopnia, że u szczytu kariery ten analfabeta i syn gospodarza gościł w swych sanatoryjnych progach niebywałe towarzystwo. Komu pan Priessnitz wody na głowę nie lał. Odwiedzał go Miklos Wesselyi z Węgier przebywał tu najdłużej w latach 1839-1843. Dwukrotnie w 1845 i 1846 roku gościł rosyjskiego scenarzystę i dramaturga Gogola. Spa odwiedził również król Wilhelm Pruski, król Karol I Hohenzollern, książę von Meclenburg, bawarski rzeźbiarz Ludwig Szwandthaler, duński rzeźbiarz Hermann W. Bissen, hrabia Karel Nostic z żoną i córką, hrabia Thun-Hohenstein z żoną lub morawskim hrabią Vilem i Władysławem Mitriowskim. W 1845 roku goszczono także cesarza Franciszka Józefa I, arcyksięcia Franciszka Karola. Kuracjuszem był też Zygmunt Krasiński. Dobrze musiał się tam wymoczyć i dodało mu to zdrowia i animuszu do tworzenia kolejnych dzieł, którymi niewątpliwie zachwycano współczesnych uczniów szkół.

W życiu na świat powołał sześć córek i syna. Zmarł 28 listopada 1851 w wieku 52 lat jak na człowieka od wody przystało przyczynami zgony były przewodnienie, pomniejszenie wątroby oraz udaru mózgu.

Czytam drugi raz i myślę, że byłaby to świetna historia na film, jeśli nawet nie na fabularny to chociaż na dokument.

Jest oczywiście, jakość tragiczna, ale jeśli kogoś zainteresuję to służę.


Tekst: Kwyrloczka

Zdjęcia: Rymbaba i jakiś nieznany Niemiec

Na zdjęciach: Lázně Jeseník roku pańskiego 2019 i w dawnych czasach – domena publiczna

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *