plac zabaw

O tym jak… musiałam opuścić plac zabaw, czyli o absurdalnych zachowaniach dorosłych

– Kim jesteśmy?

– Mamami!

– Co robimy?

– Chodzimy na place zabaw!

Kiedy zaczynamy swoją przygodę z macierzyństwem zaczynamy także wielką przygodę z placami zabaw. Dla tych, co nie wiedzą, jeszcze nie wiedzą lub mają amnezję z dzieciństwa spowodowaną upadkiem z drabinki przypominam czym jest plac zabaw:  Moi kochani, plac zabaw jest takim charakterystycznym miejscem, gdzie dzieci poprzez użytkowanie urządzeń takich jak drabinki, huśtawki, piaskownica, konik, zielona trawka  pozwalają umordowanemu rodzicowi w spokoju poczytać książkę. Takie jest przynajmniej według mnie założenie tego miejsca i tak i tylko tak powinno się z niego korzystać będąc dorosłym.

Co i jak wolno na placu zabaw

Jako miejsce w przestrzeni publicznej (zabrzmiało poważnie), plac zabaw rządzi się swoimi prawami. Nie chodzi mi o te idiotyczne regulaminy, że nie można jeździć na rowerze, wyprowadzać psów czy tam wypić jednego malutkiego piwka, które jak wiadomo jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziło. Czemuż to idiotyczne? Bo tyczy się jedynie miejsca do płotka, a co za płotkiem tego regulamin już nie obejmuje, więc i z psem można spokojnie wyjść, i fajeczkę wypalić, a że dym niesiony wiatrem zakopci maluchy w piaskownicy to, kto by się tam tym przejmował. Stawiają te te regulaminy, których i tak nikt nie czyta.

 

plac zabaw Służą one co najwyżej gimnazjalnej wieczornej zmianie na placu zabaw jako tablice do pozostawiania swoich myśli nieuczesanych z cyklu Ania daje i tu numer telefonu albo wyrażania miłości do klubów sportowych czy tam kolegów. Darujcie, są to informacje pozostawione w języku Mordoru, którym tutaj nie przemówię.

O co więc chodzi, kiedy o to mi chodzi

Z przykrością zauważam, że rodzice tudzież dziadkowie kompletnie nie rozumieją idei placu zabaw, jako miejsca odpoczynku dla skołatanych ciągłą opieką nerwów rodzica. Wydaje im się, że plac zabaw stworzono jako śmiertelnie niebezpieczne miejsce, na którym zagrożenia czają się przy każdym przyrządzie. Huśtające się obce dziecko lub kręcąca karuzela jawią im się jako najeżone kolcami narzędzia do mordowania przechodzących dzieci. Drabinki traktują jak podesty, pod którymi pływa niezliczona liczba żarłaczy błękitnych, krokodyli i piranii gotowych pożreć pociechę, gdy tylko nieopatrznie ześlizgnie się w dół. Zjeżdżalnia (o, tak!!!) mordercza zjeżdżalnia zabija zwłaszcza maluszki, które nie potrafią jeszcze dobrze chodzić. Wyjście na plac zabaw to pasmo niekończącego się stresu, bieganiny, wrzasku, paniki i… robienia z siebie idioty.

Apelujęplac zabaw

Błagam, drodzy rodzice i dziadkowie powściągnijcie swoje zapędy. Nie uchronicie dzieci przed życiem. Kiedy widzę kolejną mamę, która ładuje się na zjeżdżalnię i o zgrozo zjeżdża ze swoim maleństwem, lub asekuruje je do początku zjazdu, a potem kiedy dzieciak znajdzie się już na dole w popłochu zbiega schodami rozpychając wchodzące pozostałe pociechy, zastanawiam się co jest z nią nie tak. Po co drodzy rodzice pełzacie pod drabinkami w pozycji odwróconego Golumna z wyciągniętymi rękami gotowi w każdej chwili pochwycić Anię, Martynkę czy innego Antosia. Przecież nie spadnie, nikomu bardziej nie zależy na tym, żeby nie spasać jak temu, kto akurat się wspina. A nawet jeśli spadnie, to cóż z tego, dziecko jest lekkie, więc nie mierzcie go swoją wagą, lub (tu uwaga dla babć) swoim wywichniętym biodrem. Nawet jeśli spadnie, to zrobi sobie siniaka, nabije guza, a bo to jednego. Asekuracja tutaj nic nie pomoże, nos można złamać i na prostej drodze. Hmm… pewnie stąd te wrzaski: NIE BIEGAJ. To są dzieci. Dzieci biegają, bo mogą; mogą biegać całymi dniami, a ty już nie biegasz, bo nie masz siły, więc czemu odbierasz innym radość z pędu, z rozwianych wiatrem włosów. Siedzicie skuleni w piaskownicach, w pozycji do sadzenia ryżu i produkujecie babki z piasku, zamki i inne cuda. Dzieci mają bawić się z dziećmi nie z wami. Zabraniacie brać zabawki do buzi, trzęsiecie się przed toksoplazmozą. Kiedy byliśmy dziećmi nikt o tym nie słyszał nawet, kocie kupy wykopywało się łopatkami i wywalało za murek. Tyle i aż tyle. Serio łudzicie się, że kot nie jest w stanie przedostać się przez ten ploteczek… naiwni. Brudne z piachu jedzenie wycierało się o koszulkę albo obgryzało i wypluwało. Nikt nie gonił nas z nawilżanymi chusteczkami. Co się z wami stało? Skąd ta amnezja.

Cierpliwość kiedyś się kończy

Przychodzi taki moment, kiedy w człowieku coś pęka. Przyszedł taki moment i dla mnie. Wytrzymałam kobietę, która biegała za grającym w gonić synkiem z obiadkiem w słoiczku, a potem biegła do bawiącego się w piaskownicy młodszego dziecka. Wytrzymałam matkę wiszącą na drabince, usiłującą oderwać od niej i ściągnąć na dół siedmioletniego chłopca. Wytrzymałam spoconą, zasapaną, zgiętą w pół kobietę półtorej godziny latająca za trzylatkiem kopiącym piłkę z rozłożonymi jak u gęsi rękami. Wytrzymałam marudzącą bez przerwy matkę: uważaj, nie spadnij, tam daj nóżkę, a tu nie wchodź, ostrożnie, dasz radę, nie dasz rady, poczekaj, mama pomoże, podaj rękę, nie samemu. Wytrzymałam przeraźliwy wrzask babci, który przyprawił mnie praktycznie o zawał: TO JĄ UDERZY! Kiedy delikatnie pchnięta przez moją córkę karuzela właśnie zmierzała do delikatnego puknięcia jej w plecy. Wytrzymałam babę zabraniającą swojemu dziecku wchodzenia na trawnik. Czemu zabraniała — kleszcze oczywiście(!). Wytrzymałam matki popychające moje dziecko, aby zejść lub wejść na drabinkę. Wytrzymałam rodziców, którzy z uporem maniaka, kiedy przyjadą na rowerze na plac zabaw nie zdejmują dzieciom kasku. Wytrzymałam to wszystko, ale tej jednej rozmowy już nie wytrzymałam.

Musiałam opuścić plac zabaw zanim żądza mordu przeszła w czyny

plac zabaw

Siedziałam sobie spokojnie pewnego ciepłego sierpniowego dnia, kiedy na moją ławkę przysiadły się dwie panie na oko w moim wieku i rozpoczęły rozmowę:

– Ja to mojej córeczki nie puszczam na rower gdzie indziej niż tylko na boisko szkolne, bo tam jest tartan. Jak się tam wywróci to nic jej się nie stanie, bo jest miękko.

– Tak, tak, ja też tak robię. Rozumiesz, jak można dziecko bez kasku puszczać? Ja bym w życiu dziecka bez kasku nie puściła ani na rower, ani na rolki!

– No, jak jest upał to ja ze swoją pięciolatką nie chodzę w ogóle na rower, bo by jeszcze dostała udaru w tym kasku.

– A moja teraz dostała rolki, ale jeszcze nie była, bo muszę jej najpierw kupić komplet ochraniaczy, bez tego w życiu jej nie puszę.

Dalej nie słuchałam, szlag mnie trafił i musiałam wyjść. Kochane Panie robicie ze swoich dzieci kaleki. Moje córki nawet nie wiedzą co to kask (no dobra, starsza wie, ale nie używa…) Nigdy czegoś takiego nie miały i żyją. Bywało, że starsza spadła z roweru, kolańska pozdzierała, ale do urazu głowy nawet nie doszło. Jeszcze częściej nic jej się nie stało. A ile razy wyrżnęła na rolkach! Zastanawiam się, czy poduszkę na zadek też będziecie montować, bo najczęściej właśnie na zadku lądują dzieciaki. Mania wszechobecnego bezpieczeństwa — za dużo telewizji śniadaniowej! O co chodzi z tymi kaskami? Po co dwulatkowi na rowerku biegowym lub trójkołowej hulajnodze kask? Nie rozumiem, czy uprawia on ten sport wyczynowo. Czasem odnoszę wrażenie, że dziecko prędzej dozna urazu kręgosłupa szyjnego od ciężaru tego kolorowego, szpanerskiego ustrojstwa.

Przerażające czasy

Cała sytuacja jest dość absurdalna, ponieważ świrują ludzie w moim wieku. Ludzie wychowani, wydawałoby się, normalnie. Ludzie, którzy biegali ze mną po podwórku i razem ze mną nazywali kocie kupy z piaskownicy gliną. Co się z nimi stało, czy to faktycznie wina telewizji, czy to jakaś straszna choroba. Choroba zwana strachem. Strachem, który obezwładnia i zaćmiewa logiczne myślenie, który zmusza tych młodych ludzi do tak idiotycznych zachowań.

Czego się boicie? Albo inaczej: kto wpoił w was ten strach? Kiedyś bano się, że ktoś na nas doniesie i to było zagrożenie realne; teraz strachy komuny odchodzą w zapomnienie, więc karmi się ludzi nowymi strachami: jazda bez kasku, mordercze kleszcze, brak witamin, brak apetytu, pedofil za każdym rogiem. Wszystko po to, żebyście grzecznie siedzieli w domach i patrzyli na swoją codzienną dawkę TV-strachów i codzienną dawkę reklam.

A my się nie boimy

Nie pilnuje obsesyjnie swoich dzieci na placu zabaw, do akcji wkraczam tylko, kiedy dzieje się coś naprawdę złego. Nie wpadam w panikę, kiedy córka przyjdzie z ociekającym krwią nosem. Pod ręką mam Octenisept i starcza on za całą apteczkę. Nie uznaje plastrów. Pozwalam ośmiolatce, już od ponad roku, chodzić samej do szkoły i włóczyć się po osiedlu. Zamiast komórki ma zegarek i wie, że nie wolno jej się spóźnić. Pozwalam jej wychodzić z psem o godzinie 21:00, kiedy jest już ciemno. Na sanki chodzi sama, nie stoję jak wariatka na szczycie odmrażając sobie stopy prosząc, żeby już jej się znudziło i zechciała iść do domu. Jestem normalna, choć wielu pewnie powie inaczej. Jestem Kwyrloczka i jestem mamą.

4 thoughts on “O tym jak… musiałam opuścić plac zabaw, czyli o absurdalnych zachowaniach dorosłych”

  1. Troska o bezpieczensto fizyczne wlasnego dziecka w wydaniu innych opiekunow czasem mnie przeraza, to fakt. Ale wiekszym steresem zawsze napawaja mnie opiekunowie, ktorzy wiecznie wtracaja sie w dzieciece relacje gotowi w mgnieniu oka rozsadzic sytuacje, zadecyowac kto jest winny, czego i jak wszystkie dzieci teraz maja sie zachowac. A dajmy tym dzieciom zalatwic to we wlasnym zakresie. Dogadac sie, pocwiczyc negocjacje. Owszem- czasem ktores sie rozplacze, ale to nie powod, zeby innemu dziecku dorosly wyrywal zabawek z rak! I jak widze taka grupe trojga trzylatkow, a nad nimi pochylonych piatke opiekunow, to naprwde mam ochote czym predzej uciekac.

  2. Nadopiekuńczych mamuś nietety nie brakuje. Ja też usłyszałam nie jeden komentarz wypowiedziany pod nosem innych mam, ale jeden szczególnie wrył mi się w pamięć. Bawiąc się z młodym na placu zabaw właśnie, wzięłam me dziecie na ręce i zaczęłam nim „żonglować”, cudować aż do zawrotu głowy jak i mojej tak i jego gdyż razem to uwielbiamy, śmiechu jest najwięcej. W trakcie naszej dzikiej zabawy usłyszałam piękne zdanie jednej z uroczych mam do drugiej: o mój Boże jak ona może tak się bawić z dzieckiem, zaraz jej z rąk wypadnie i głowe roztrzaska. Tak tak kochane przewrażliwione mamusie jestem na tyle głupia i upuszczę mą latorośl. A może inaczej zacznę myśleć tak jak Wy i do końca życia będę chuchać i dmuchać i patrzeć jak z normalnego osobnika wyrasta dorosły facet, przyczepiony do mojej nogi, nie radzący sobie z niczym, bo w pore nie odcięłam pępowiny. Pozdrawiam wszystkie nadopiekuńcze mamusie 🙂

  3. Z tego co pamiętam to papka bezstresowego wychowania zaczęła się z początkiem lat 90-tych, więc pokłosie tego zalęgło się w umysłach młodych mamusi. Chociaż osobiście stawiam na to, że jest to syndrom zostania mamą po 30-stce. Trochę już babcine naloty wbijają im się w mózg… cóż.
    Ciężkie czasy… chociaż z drugiej strony te normalniejsze dzieci będą miały przez to łatwiej – konkurencja odpadnie 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.