Są, są
Są tacy, co powiadają, że jak autor świnia, to i od twórczości trzeba się trzymać z daleka. Cóż jednak począć z tymi twórcami, jak co drugi już ma siódmą żonę i czternaste dziecko z nieprawego łoża. Jedną on zgwałcił, druga jego i to zbiorowo. No, a najgorzej to już jak lewak zaangażowany i wielokrotnie pro – proekologiczny, proaborcyjny, profeministyczny, prozwierzęcy, progender, prolegalizacyjny w sprawach jednopłciowych, proateistyczny etcetera, etcetera. Kwintesencja złola, mówię wam, w dodatku ideologicznego. No, a jak jeszcze noblista, to matko jedyna, złol poza kategoriami.
Pani Olgo, pozdrawiam serdecznie
Z przykrością zaznaczam jednak, że w żadną stronę nam nie po drodze. Ani kroku chyba bym z Panią nie uszła, proszę wybaczyć. Nasze połyskliwe bańki wiatr rozwiał tak daleko od siebie, że chyba już nigdy nie sposób będzie je zagnać w pobliże tego małego bańkowego patyczka, zakończonego kółeczkiem, z którego powstały.
Dawno, dawno temu…
Zaczęło się od filmu Pokot – pewnie pamiętacie, a jeśli ktoś nie pamięta, to niestety, o zgrozo, polecam, bo całkiem był on udany i sama chętnie przypomniałabym go sobie po latach, aby zweryfikować swoje pierwsze wrażenie. Książka pojawiła się u mnie po jego właśnie obejrzeniu, ale ponieważ mam wieczne zaległości w literaturze, które nadrabiam, jak tylko mogę i na ile starcza mi czasu, nie doczekała się przeczytania aż do teraz. Zaległa na półce, zaliczyła nawet przeprowadzkę i zupełnie przypadkowo rozmnożyła się nawet do dwóch egzemplarzy.
Prowadź swój pług przez kości umarłych
Muszę przyznać, że byłam do niej sceptycznie nastawiona. Z racji faktu, jak bardzo nie po drodze mi z autorką. Wyszło jednak teraz, chociaż twierdzę deklaratywnie, że jest całkiem inaczej, że mimo wszystko mam tak, że jeśli podejrzewam autora o brzydkie poglądy, to rzuca to cień na to, co pisze. Bardzo to nie ładne z mojej strony tak własną mą osobę okłamywać. Niestety w wypadku Olgi Tokarczuk i jej sukcesu ten cień był makabrycznie wielki. Bo co tutaj mamy, trochę stukniętą starszą panią, która naprawdę, ale to naprawdę nienawidzi myśliwych, reprezentując sobą wszystko to, co mnie bawi w kompletnym niezrozumieniu hodowli dzikich zwierząt i zarządzaniu ich populacją. Celowo piszę hodowli, bo z wolnym życiem istnienie saren, dzików i jeleni ma już tyle tylko wspólnego, że nie są jeszcze ogradzane płotami. Można się obruszać i smucić, ale czy dyskutować, to nie wiem.
Początkowo strasznie mnie to denerwowało, ale w końcu pomyślałam, że to tylko opowieść o nawiedzonej babie, której sprawa Bambiego weszła za bardzo, że to tylko historia czyjegoś życia, jakich tysiące się już przeczytało i jakie jeszcze przeczyta się na swojej życiowej drodze. To odczarowało mi książkę, a z nią postać Janiny Duszejko oraz jej dziwnych przygód.
Tylko te nieszczęsne zakończenie
Pozostał jeszcze tylko problem znanego z filmu zakończenia. Ciężko, kiedy wiesz, co się wydarzy, tak dobrze do końca się bawić.
Sam styl, sposób napisania, język dawały mi wprawdzie sporą satysfakcję, co widać zresztą po ilości wynotowanych do kolekcji cytatów. Pozorna prostota snującej się opowieści pozostawała pełna ciepła i głębi. Dziwne czyny bohaterki, fascynacja astrologią i czasem kompletnie niezrozumiałe dla mnie, a może nie niezrozumiałe, a po prostu komiczne i przesadne problemy oraz myśli ubrane w bardzo piękne słowa sprawiały, że szybko pędziłam do znanego mi już końca.


Podobało mi się bardzo, że obrywało się w książce wszelkim instytucjom państwowym – szkole, opieszałej policji, samorządowi, Polskiemu Związkowi Myśliwych, służbie zdrowia i kościołowi. Wszystkim po równo. Moje zdanie o nich jest dokładnie takie, jak i zdanie bohaterki. Coś nas więc jednak łączy mimo tych wszystkich światopoglądowych różnic. Podobało mi się, że zna ona swoje prawa oraz to, że działa w myśl starej dobrej zasady: prawo prawem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie.
Jedno jednak nadal mi zgrzyta
W zasadzie polubiłam panią Duszejko i resztę bohaterów – Matogę, Dobrą Nowinę i Dyzia. Podobało mi się, jak ta postać łączy ich wszystkich, jak oddziałuje na ich życie i losy. Nie równoważę jednak, jak ona, życia zwierzęcego z ludzkim. Nie zrozumcie mnie źle, kocham zwierzęta. Kocham swoje psy, kury i te cholerne kaczki, co wiecznie mi uciekają, z którymi prowadzę ciągłą grę, w której ja buduję zapory, a one szukają wyjścia. Nadal jednak życie kaczki, psa, sarny to nie życie człowieka, przykro mi.
Uważam też, że za swoje czyny ponosić należy konsekwencje. W powieści poniosła je jedynie jedna strona. Mordercy zwierząt zostali ukarani śmiercią, a mordercy ludzi pozostali wolni jako działający w słusznej sprawie obrońcy leśnych stworzeń. Jakoś mi się to nie dodaje, ale pamiętajmy — to tylko bajka dla dużych dzieci i nic poza tym. Próba doszukiwania się tutaj jakichś manifestów ideologicznych jest bezcelowa i niepotrzebna, szczególnie kiedy ma się już ugruntowany pogląd na pewne sprawy. Tutaj postać Duszejko w swojej prostoduszności i zaradności równoważy głupotę poglądów i pozwala potraktować powieść jedynie jako historię o „klupniętej” staruszce.
Miejsce akcji jest spoko
Miłym było mi także, że historia dzieje się w miejscu, w którym teraz mieszkam. Niejednokrotnie w powieści pojawia się Kłodzko i inne okoliczne, znane mi miejscowości. Takie miejsca w książce zawsze sprawiają, że czyta się jakoś przyjemniej i lepiej.
Na zakończenie
Wychodzi na to, że książkę Prowadź Swój Pług Przez Kości Umarłych bardzo polecam. Przyjemna, sympatyczna prosta historia z ciekawym zakończeniem, jeśli oczywiście nie widziało się najpierw filmu. Słowo bajka, chyba bardzo dobrze oddaje tą książkę. Tak się właśnie czułam czytając, jakbym bajkę czytała właśnie.
Pokot
Na fali czytelniczego rozpędu zobaczyłam szybciutko, do składania prania jak zwykle, ponownie film Pokot. I muszę powiedzieć, że nadal mi się podobał. Pięknie zagrała w nim Bystrzyca Kłodzka, doceniona przez scenarzystów chyba bardziej niż przez radnych rokrocznie działających na szkodę wizerunkową miasta. Zagrało też Kłodzko i kapliczka z dużym drzewem na przełęczy Puchaczówka i inne nieznane mi sudeckie miejsca. Była też dobra obsada i chociaż historia minimalnie się różniła, wyszedł z tego całkiem przyzwoity kawał polskiego kina. No, szczególnie że spotworzyły go pospołu autorka powieści z Agnieszką Holland, drugą taką, co ma za swym nazwiskiem równie wiele pro etcetera, etcetera.
