Przeklęte, przeklęte stosiki
Znowu, znowu się odkłada i rośnie, i rośnie, i rośnie. Nic nie poradzę, trza się tego pozbyć, jak najszybciej się da, a że się szybko nie da, to jest, jak jest. Tak, wiem, wiecznie marudzę, że nie wyrabiam z czasem, wybaczcie koniecznie.
Dzisiaj będzie książka nietypowa. Coś, co stoi w rozkroku pomiędzy albumem fotograficznym a encyklopedią historyczną. Forma przeniesiona na papierowe stronice wprost z internetowego świata. Piękne, że jednak coś z tych podłych internetów czasem powróci do pierwotnej dla siebie formy.
Krótka Historia Jednego Zdjęcia
W zasadzie to jedno zdanie to już recenzja sama w sobie. Nic dodać, nic ująć – tak się tylko mówi. Dodać jednak coś należy, ba, wypada nawet. Może na początek, że jest to lektura na jeden wieczór. Szkoda to wielka, bo odkładając książkę na nocny stoliczek lub na podłogę w łazience, z dala od wanny, człowiek chciałby więcej i więcej. Niestety musi się pogodzić z tym, że książka szybko się zakończyła i nie ma możliwości dalszego jej scrollowania.
Napisałam „scrollowania” celowo, dlatego że oryginalnie tak właśnie, a w zasadzie jednocześnie, ona wyglądała — jest to przecież strona na Facebooku. Myślę, choć żal, że książka tylko na tym zyskuje. Scrollując, wszak wreszcie dopada nas nuda, coraz mniej uważamy i wreszcie tracimy zainteresowanie, aby w końcu zapomnieć, wpaść w niewolę algorytmu, który jeśli coś przypomni, to raczej to, że brakuje ci akurat filtrów do odkurzacza. Takież to przekleństwo dopaminowego uzależnienia: kręcić kołem bez celu, czasem tylko zawiesić na sekundę oko na czymś, co śmieszy, tumani, przestrasza.
No, pojechałam z dygresją, a miało być o książce
Wracam więc do tematu. Krótka historia jednego zdjęcia jest też jako album ładnie wydana. Chociaż lepiej dla jakości fotografii byłoby, gdyby papier był gładki, ale to może tylko taka moja fanaberia. Dobór opowiedzianych historii bardzo ciekawy — kwintesencja świata, na którym wyrosła nasza, moja popkultura. Dobra praca kulturoznawcza mogłaby się napisać, biorąc sobie za podstawę Krótką historię jednego zdjęcia. A i niejedna powieść biograficzna… tak naprawdę to jedna. Konkretnie majora Johna „Mad Jacka” Churchilla. (Naprawdę polecam choćby tylko ten wpis na Wikipedii — na zachętę napiszę, że wojował on w II wojnie światowej, wyposażony w pałasz, łuk i strzały oraz dudy).
Chętnie poszerzyłabym też swą wiedzę o biografie innych bohaterów. Może mając na względzie kilka zawartych tutaj historii kiedyś, w niedookreślonej przyszłości, poznam bliżej sfotografowanych, czasem w niecodziennych pozach, mężczyzn i kobiety.
Tęsknota
Jakiś czas minął, odkąd odłożyłam Krótką historię na półkę i przyznam szczerze, tęsknię za tą pomysłową formą. Myślę sobie — sprawdzę, a nuż drugi tom wyszedł. No i okazuje się, że wyszedł. Tylko coś mnie tutaj dziwnie niepokoi. Może ja dziwna jestem trochę, ale tytuł jakoś do mnie nie przemawia.
A tytuł onej – Kobiety
Kurcze, nie lubię bab, ale czasem wydaje mi się, że w całym tym emancypacyjno-feministycznym bajzlu naszych czasów, za pomocą takich oto tytułów sprawia się, że kobieta to jakieś przedziwne dziwadło, osobny gatunek jakiś, któremu trzeba wszystko z osobna poświęcać. Jakby ciągle trzeba było zwracać uwagę, że jesteśmy i istniejemy, że mamy do tego prawo. Zdziwił mnie ten wybór, bo w poprzednim tomie były obie płcie, normalnie ot — reportaże o ludziach. Mieszkańcach tego jednego, naszego wspólnego świata, gdzie jesteśmy sobie równi, gdzie tak cudownie w Bożym zamyśle mamy się wzajemnie uzupełniać, tworząc jedno ciało doskonałe — człowieka.
Przyznam, że zrobiło mi się smutno troszeczkę. Czuję się jak w scenie z filmu W pustyni i w puszczy z 1971, gdzie Stasiu mówi: „Popatrz, Kali, tam są jacyś ludzie”, a Kali odpowiada: „To nie ludzie. To kobiety, Panie”. Dobra tam, może i przesadzam, może i się czepiam. A może jednak jest tutaj jakieś ziarenko prawdy niewielkie. To się jednak zobaczy, myślę, że część drugą kupię mimo wszystko, w myśl zasady: Tak… lepiej jak jest więcej.
Na zakończenie, zupełnie w skrócie
Polecam serdecznie Album Krótka Historia Jednego zdjęcia, szczególnie w formie prezentu, który, myślę, będzie ciekawy nawet dla osób, które średnio stoją z czytaniem powieści. Zanim książka im się znudzi, dobrną szczęśliwie do końca, ciesząc swoje zmysły fotografią i słowem.
