zbrodnia i kara

O tym jak… odkryłam, że Zbrodnia i kara to świadectwo nawrócenia

Dokonało się. Przeczytałam

Podejście drugie, pierwsze w liceum, nieudane. Wtedy — trauma, łazi jakiś taki, marudzi, nic się nie dzieje, kto to kazał czytać, co za brednie, niestrawne.
Podejście drugie i tutaj następuje chwila głębokiej zadumy. Klasyka. Co z nią jest nie tak? W dalszym ciągu łazi jakiś taki i marudzi, w zasadzie nic się nie dzieje.
Owszem pięknie nakreślone charaktery, każdy inny, każdy ma inne poglądy, inne pobudki, inne spojrzenie na życie, każdy przeżywa swoje małe tragedie. Owszem pięknie napisane, barwnym obrazowym językiem. Owszem oddaje problemy społeczne epoki, tej i w zasadzie każdej. Smutno przedstawia to, do czego pcha ludzi bieda. A wszystko to raptem w kilka dni, które główny bohater Rodion Romanycz głównie przesypia. Troszkę się błąka i wszystkie te piękne postacie ze swoimi dramatami same stają mu na drodze. Klasyka… co z nią jest nie tak? Czemuż to takie jest nudne, rozmemłane takie. Człowiek zasypia z głównym bohaterem i przespała większość prawdziwy morał i wydźwięk. Morał i wydźwięk jakże piękny, jakże chrześcijański.

Nie o to przecież chodzi, że zbrodnia zasługuje na karę, że od sumienia się nie ucieknie. Przecież do samego końca Raskolnikow, będąc już na zesłaniu, nie czuł się winny. Dla tego też się przyznał tak szczegółowo, bo nie widział w swym postępowaniu niczego złego, chciał raczej wdzięczności za pozbycie się wrednej lichwiarki. To właśnie nim tak targało całą książkę, przez to snuł się po ulicach bez celu, śmiertelnie zanudzając czytelnika. Przecież wszyscy będą mówić, że zrobił coś potwornego, strasznego, i mówili, a on niczego niestosownego w swojej zbrodni nie widział. Ten frazes pusty, którego większość używa: zbrodnia zasługuje na karę. Dostał Rodion Romanycz karę, uznany za niepoczytalnego, kilka lat zesłania. Cóż to za kara dla podwójnego mordercy — żadna.

Przejdźmy do sedna

Cała ta nuda, to snucie się, te wszystkie skomplikowane charaktery, dla tego jednego morału. Bo cóż dzieje się na samym końcu – Raskolnikow zdaje sobie sprawę, że kocha. Kocha kobietę, która za nim przyjechała na katorgę, która i jego kocha bezgranicznie. Przez niepozorną dziewczynę, z musu prostytutkę, przyszedł do Raskolnikowa Bóg. Bóg, który jest miłością, odkupieniem, wybaczeniem i życiem. „Zresztą nie mógł tego wieczoru myśleć o czymkolwiek długo i wytrwale, nie mógł na niczym się skupić; a i nie umiałby teraz nic rozstrzygnąć świadomie — czuł tylko. Zamiast dialektyki przyszło życie i w świadomości musiało wypracować się coś zupełnie innego. Pod jego poduszką leżała Ewangelia. Wziął ją odruchowo.”
Tak właśnie rozpoczęła się droga do zmartwychwstania Raskolnikowa, który mordując, zabił siebie. „Ale tu się rozpoczyna nowa historia, historia stopniowej odnowy człowieka, historia stopniowego jego odradzania się, stopniowego przechodzenia z jednego świata w drugi, znajomienia się z nową, dotychczas zupełnie nieznaną rzeczywistością.”
Powtórzę więc za Dostojewskim: On tam jest i czeka na każdego, z wyciągniętymi rękami, nawet na mordercę. Jest drogą, prawdą i życiem. Dopiero kiedy uwierzysz w Jezusa, przyjmiesz jego miłość, zaczniesz prawdziwie żyć!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.