Mój debiut

O tym jak… skłoniłam siebie do pisania czyli mój debiut

Uwaga, będzie debiut

Stop. W głowie pustka.

Jeszcze raz. Uwaga! Będzie debiut. No to lecimy.

Pusto.

Jak zacząć żeby nie wyjść na idiotkę?

To może tak. Powodów rozpoczęcia tego szalonego procederu było kilka. Na pierwszym miejscu plasuje się moje zdanie o innych blogach, tych, które czasami czytuję. Brzmi dziwnie, ale to prawda. Może nie tyle zdanie, a wrażenie, jakie mam po ich lekturze. Wrażenie mianowicie takie, że nie do końca są one kierowane do mnie. A skoro nie do mnie to do kogo? Owszem wszystko jest ciekawe, ładne i piękne, a jednocześnie potwornie kosztowne i sterylne. Mamy pokazują najdroższe gadżety swych dzieci, kucharki gotują jakieś mleczka sojowe, pieką kokosowe mąki. Wszędzie zdjęcia jak z profesjonalnego atelier, dopieszczone wnętrza jak z przykładowego stoiska w salonie meblowym. Wszystko takie idealne, czyste i… drogie. Czytam sobie takiego bloga wieczorem, odwracam głowę i patrzę. Siedzę w domu, przed komputerem. Siedzę na krześle z kompletu jadalnego, bo krzesło do kompa rozleciało się parę miesięcy temu. Ściana trochę brudna, tam coś odpada. Zamiast domu mieszkanie, zamiast swojego wynajęte. I czuję, że nie przystaję. Wydaje mi się, że to tam nie jest do końca prawdziwe. Prawdziwe jest tu, to moje z brudną ścianą, w dwupokojowym mieszkaniu bez przedpokoju, w kamienicy, w centrum, z niewielką wypłatą, dzieląc łóżko ze zmianowym robotnikiem z wyższym wykształceniem. Kiedy tak patrzę, jak ludzie z innego świata rozpływają się nad wózkiem dziecięcym za trzy tysiące, zastanawia mnie czy jest taki blog dla zwykłych, badziewnych ludzi. Takich odrapanych, z popsutą kilka miesięcy temu nogą, z jedną ręką i Ikei, a drugą z OLXa. Jeśli jest to, czemu go nie czytam. Jeśli nie ma to, czemu go nie stworzę.

Powód numer dwa

Bóg dał mi zdolność tworzenia. Tworzenia czegoś z niczego. Przepoczwarzania starych patyków w koszyki, starych podkoszulek w zakupowe torby. Tworzenia obrazów z gwoździ i sznurka, produkcji mebli z tego, co daje przyroda. Znajdowania jedzenia w krzaczorach pod oknem. Szukania oszczędności w otaczającym świecie. Robię więc takie różne różności i ciągle ktoś mi mówi, zacznij robić tego więcej i sprzedawać. Mnie się nie chce więcej, jedna rzecz w zupełności wystarcza. Jedna celowa inwestycja. Na drugą jednakową weny brak. Można by rzec, produkuję unikaty. Żeby tak sprzedawać coś, co w lesie leży, starą koszulinę w nowym dizajnie? Jakoś się nie godzi. Swoją ścieżką mogę podzielić się z innymi. Choć w portfelu hula wiatr, na koncie debet, mogę innym dać nadzieję na nową szafkę na buty, nowy wieszak, kosz na pranie, dziecięce ubranko. To mnie cieszy, to mnie raduje, dla tego będzie warto pisać.

Trzeci powód

Wszystko jest iluminacją. Tłoczą się wspomnienia, myśli nieuczesane, ciekawostki, miejsca, przedmioty, zdjęcia, historie, teksty, piosenki, zachwyty, momenty. Co robić z nimi wszystkimi, gdzie składować. Pisanie pamiętników, mimo usilnych starań, kompletnie nie wychodzi. Jakoś się ręka nie układa już do pióra jak za młodu. Pocieszam się tym, że pamiętniki ponoć piszą ludzie samotni. Coś w tym chyba jest, papier wszak przyjmie wszystko. Nasze ziemskie życie przeminie i nie wiadomo ile przyjdzie nam czekać, ile pokoleń przejdzie po naszych szczątkach, zanim wszystkich zawezwą na sąd. Po nas nasze dzieci, po dzieciach wnuki niech kontynuują, niech piszą dalej historię zwykłych ludzi. Ja dla nich zaczynam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.