Bieszczady

O tym jak… rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady – część druga

Biały pałac

Nie niesie mnie pióro dzisiaj, w głowie kłębowisko, wełna jakaś czy coś i końca ani początku wyłowić nie sposób. Nastrój też trochę pochmurny, wieczór samotny i z czasem trzeba coś zrobić, będę więc twórcza i zaproszę na wycieczkę.

Dzisiaj na naszej drodze upał, a jak wiadomo upał kojarzy się nam z? Pustynią. A pustynia, kojarzy się nam z? Beduinami. A oni kojarzą się nam z kolorem? Tak jest białym. Bo mają białe stroje, nie twarze rasiści jedni. Udamy się więc do pałacu o nieustalonej własności, który jest cały biały i to jest niebywale piękne. Zapraszam was do Krasiczyna. Z zewnątrz pałac prezentuje się zachwycająco, wnętrza niestety rozkradła miejscowa ludność i z tej przyczyny pozostawiają one wiele do życzenia. W środku raczej pusto, pomijając wnętrze przepięknej kaplicy. Za te pusto bilet troszkę drogi 15,00 od dorosłego i 8,00 za dzieciaka. Osobna opłata za wieżę zegarową 5,00 i 3,00 i dodatkowo dość groteskowa, mało straszna, wrzaskliwo — jękliwa sala tortur w lochach też 5,00 i 3,00. Jak to tak wszystko ładnie zsumować to dla naszej rodziny 64,00 PLN. Drogo. Przewodnik nadrabiał miną, pomarudził na dawnych właścicieli, że im prace wykopaliskowe wstrzymano, bo nie wiadomo co teraz będzie, oddadzą, nie oddadzą. Naiwny jakiś, pewnie, że nie oddadzą. 64,00 złote, a zwiedzających nie brakowało. Takie dodatkowe spostrzeżenie dla mam. Przewijaka tam niestety nie mieli, to na razie mało popularne ustrojstwo do ułatwiania życia, potem na internetach jeden z drugim wypisują, że dzieciaki na widoku przewijają i świecą małoletnią golizną i niejednokrotnie brudem wiadomego pochodzenia. Wchodząc na dziedziniec przenosimy się do innego kraju, do Rzymu, albo do Grecji. Choć nie lubię białych ścian tutaj ta biel uzupełnia całość. Architektoniczna perełka bez dwóch zdań. Jeśli w przyszłości przyszłoby mi ponownie odwiedzić Krasiczyn, wystarczyłoby przejść się po parku, popodziwiać dziedziniec i ewentualne wejść na wieżę — tanio oszczędnie, a i strata niewielka.

Jarosław Polskę zbaw i Cieszanów

BieszczadyCo tam słychać w Jarosławiu. Teraz zdecydowanie niewiele. Przepraszam Jarosławian, bo pewnie się nie znam i słychać u nich różne rzeczy, ale skoro mnie tam nie ma to, czy nadal? Zapomnijmy o tym. Nigdy wcześniej nie słyszałam o tym mieście więc wyprawa tam miała dla mnie walor wybitnie edukacyjny. Stare to jest bowiem miasto i zacne drzewiej było. Miasto kupców i wielkich jarmarków. Większe imprezy tego typu prezentował jedynie Frankfurt nad Menem. Jednorazowo zjeżdżało się tam nawet 30 tysięcy zakupowych szaleńców, aż dziw, że nigdzie o nim się nie wspomina, bo jest się czym przecież pochwalić. Takie tam pierdoły z Wikipedii każdy może napisać. Co mnie zaciekawiło bardziej w pięknym i wiekowym Jarosławiu. Otóż był taki czas, kiedy trzykondygnacyjne piwnice, podziemia i tunele pierwotnie służące kupcom upomniały się o światło dzienne. Pożerały więc sukcesywnie zbudowane na sobie kamienice, żeby w latach sześćdziesiątych doprowadzić do katastrofy budowlanej. Miasto zbudowane na mieście jak Ankh Morpork się zapadło. BieszczadyWłaśnie zdjęcia ostemplowanych kamienic, popodpieranych i połatanych najbardziej zapadły mi w pamięć. Małe i duże tragedie wysiedlanych mieszkańców. Fascynacja wynikała pewnie z mojego skrzywienia na punkcie starej fotografii. Warto zwiedzić Jarosławskie podziemia właśnie przez wzgląd na tę część ekspozycji. Koszt zwiedzania dla naszej brygady to 26,00 PLN.

Jarosław był tylko przystankiem na trasie. Wypuściliśmy się bowiem w podróż do Cieszanowa, a tam czekał nas kawał dobrej muzycznej rozrywki na Cieszanów Rock Festiwal. Tutaj miała wejść relacja mojego domowego korespondenta muzycznego, ale niestety proza życia odwiodła go od zdania relacji. Słuchajcie mnie uważnie. Zapomnijcie o Woodstocku, przeklinającym Słoiku/Owsiaku, komercjalizacji i toaletowej tragedii. Olejcie to i przyjedźcie do Cieszanowa. Kameralnie, klimatycznie, przytulnie i muzycznie. Niczego więcej mi nie trzeba. Fakt bilet trzeba kupić, za pole zapłacić, ale jakby hołota mniejsza i kulturalniejsza. Może po prostu jesteśmy za starzy na woodstockowe klimaty, więcej wymagamy i bardziej się szanujemy. Może kupy pod prysznicem i przerażone głosy: NIE WCHODŹ TAM, kiedy ktoś próbuje otworzyć drzwi tojtoja znośne są jedynie do pewnego wieku. W moim przypadku najwyraźniej tak jest i musicie mi to wybaczyć.

Bison bonasus

Kiedy żubry wędrują sobie spokojnie poboczami te żubry zamknięte w zagrodzie nie robią już takiego wrażenia. Co tam, jest zagroda, jest darmowa, jest po drodze, czemu nie. Były grube bele odgradzające maluczkich od tego ogromnego wołu, bawołu, bizonu czy kończąc tę systematykę żubru. Nie to było jednak najciekawsze. BieszczadyNajciekawsza była ulotka, którą otrzymaliśmy na wejściu. Ulotka o tym jak PRL ma się świetnie i jak to rządzi się swoimi prawami po dziś dzień zapewniając dygnitarzom dobrą zabawę. Ciekawe czy zwierzęta bawią się równie dobrze. Zabity w Niemczech żubr bawił się świetnie, póki nie załadowano mu kulki. Nasze żubry, z taką pieczołowitością i troską hodowane w zagrodzie też bawią się doskonale, póki nie wlezą w ten wąski pas, który nie należy do Rezerwatu. A tam w tych polskich Niemczech czekają Komorowski z Palikotem czy innym Szyszko z wielką flintą i bach! Piękny, bogato dotowany zwierz, jeszcze wczoraj pokazowy, staje się przedkominkowym dywanikiem, a jego łepetyna makatką. Polowania nie wyglądają tak jak się to nam wszystkim wydaja, a w każdym razie jak mnie się wydawało. Nie jest tak, że samotny traper tygodniami tropi swą ofiarę, szanuje ją, podziwia, a w końcu zabija lub nie. Tutaj naganiacze zapędzają zwierzynę wszelką prosto pod strzelby i rzecz odbywa się hurtowo, co kto trafi to jego. Wiara w samotnego myśliwego była bardzo naiwna, wiem, ale dopiero Simona Kossak w swojej książce Saga puszczy białowieskiej uzmysłowiła mi jak to tak naprawdę wygląda. Tym, którzy nie wiedzą lub nie dopuszczają do siebie myśli, że polowanie to sport paskudny polecam film Pokot Agnieszki Holland, wokół którego swego czasu powstało tyle zamieszania.

Bieszczady sakralnio – muzealnieBieszczady

Ponieważ pogoda zrobiła się taka nijaka i zaczynała grozić opadem wyruszyliśmy na klasyczną wycieczkę objazdową gotowi w każdej chwili przeczekać deszcz w samochodzie lub przydrożnej żarłodajni. Odrzucając profanum przeszliśmy do sacrum i w uduchowionym nastroju podziwialiśmy Bieszczadydrewno. Drewno w konstrukcjach zrębowych, tworzące kalenice, tambur i gont. Elegancko wpisane w grecki krzyż lub kwadrat budynki o wielu prezbiteriach, babińcach i kondygnacjach. Wypełnione sklepieniami ośmiopolowymi, zwierciadlanymi lub stropem. Portale, rozety, ikonostasy i inne niezrozumiałe pojęcia trudnej sztuki architektonicznej zachwyciły nas. Odkryliśmy też cudowną wieś Bystre i zrobiło się nam strasznie żal, że to nie tam spędzamy wakacje. To było miejsce, gdzie powinniśmy trafić. Jako element rozrywkowy i przerywnik zawitaliśmy do Muzeum Historii Bieszczad. Pierwszy raz spotkaliśmy się z taką ideą jak muzeum całkowicie prywatne. Szok. To tak można? W kraju gdzie socjalizm bohatersko walczy ze stworzonymi przez siebie absurdami. Okazuje się, że jednak można.

Szczytna to działalność i słuszna, choć zbiór nie jest spektakularny, ciągle się rozwija. Nie o zbiór tutaj jednak chodzi, a o ludzi, którzy zbiór tworzą i potrafią ciekawie opowiedzieć nawet o miejscowych gwoździach. Odpowiedzą na wszystkie pytania i cierpliwie wytłumaczą wszystkie historyczne zawiłości, które dotknęły miejscową ludność. Tak trzymać i walczyć dalej!

Ruiny KlasztoruBieszczady

Często wolę ruiny od jeszcze stojących zabudowań. Działają na moją wyobraźnię. Lubię zastanawiać się jak wyglądał budynek, zanim został porzucony przez ludzi i popadł. Klasztor Karmelitów, którzy z tylko sobie wiadomych pobudek wybrali życie bez obuwia całą swoją budynkową aparycją zaprasza do marzeń. Wygląda ciut jak uciekinier ze średniowiecznej Anglii, który zadomowił się w Zagórzu i tam postanowił pozostać. Ze średniowieczem ma on niewiele wspólnego; zbudowano go w stylu późnobarokowym w 1730 roku, ale nie przeszkadza to wcale w ulokowaniu go wśród Angielskiej mgły, deszczu i jakiegoś ponurego wrzosowiska. Do samego budynku prowadzi przyjemna ścieżka, gdzie zapoznać możemy się krok po kroku z kolejną odsłoną mordu na Chrystusie. Właśnie dzięki tej ruinie doszedł do mnie absurd tworzenia wszędzie tych swoistych ścieżek katolicko — dydaktycznych. Pomijają one kwintesencję wiary. Pierwsza stacja to skazanie Jezusa na śmierć, a ostatnia to złożenie do grobu. Gdzie ja się pytam jest zmartwychwstanie? Gdzie nadzieja, że wszyscy Ci, co w niego uwierzą mogą liczyć na to samo? Nie ma, no nie ma, nadziei brak. Miało być jednak o Klasztorze, a klasztor, jaki jest każdy widzi na załączonym obrazku. Szpeci go jedynie wielka, niebieska figura Astarte czy innej jakiejś Izydy, szpeci właśnie swoją pstrokatą niebieskością, nie pasując do kamiennej reszty i klimatu samych ruin. Jezusa zapakowano do grobu jakieś 15 metrów wcześniej więc ona wita pielgrzymów przyćmiewając wszystko swoją monumentalnością. Niestety jej zdjęcie się nie zachowało. Po prostu nie przeszło powycieczkowej selekcji i uszczuplania zdjęciozbioru. Pomijając aspekty religijne, a biorąc na tapetę estetykę i zacięcie fotograficzne — warto to miejsce odwiedzić. Zwiedzanie jest darmowe, więc jeśli wasze fundusze są ograniczone – to miejsce właśnie dla Was.

Tortowisko

BieszczadyLubię torf. Kiedyś słyszałam o gościu, który mieszkał na torfowisku i żywił się torfem. Może to było tortowisko, a on sam nie wiedziała co je. Torfowisko to fascynujące miejsce. Na naprawdę niewielkiej powierzchni potrafi pomieścić się tyle różnorodnych roślinek wszelkiego rozmiaru, kształtu i koloru, że można dostać od tego przyrodniczego bogactwa konkretnego zawrotu głowy. Jest takie torfowisko w Tarnawie i w zasadzie wystarczy stanąć na jego skrawku i można przyglądać się godzinami, gapić się i gapić, kontemplować. Znaczy, ja mogę, bo inni to pewnie powiedzą, że nuda. Lubie nudę, z czasem zaczynam ją bardziej doceniać, nudzenie się to trudna sztuka i trzeba wiedzieć jak nudzić się aktywnie, patrząc przykładowo na torf, jak rośnie. Wracając do samego torfowiska nie ma miejsca, gdzie mech może być bardziej omszony, gdzie jego zieleń jest zieleńsza nawet od trawy na RTL-u. Nie ma i koniec! Wszystko wydaje się takie miękkie, warstwowe, jak tort truskawkowy na pierwszych urodzinach mojej córki. Człowiek ma ochotę wejść w te mszary ułożyć się wygodnie i zostać, połączyć się z naturą, z cudem stworzenia, zatopić ciało w roślinność, wypuścić korzonki, rozkwitnąć. Przestańmy się spieszyć choć przez chwilę, poleżmy na trawie, popatrzmy na konary starego drzewa, na gwiazdy. Odklejmy się od monitorów. No, odklejcie się, wyjdźcie na dwór, „chwyćcie się za ręce, ja wiem, że to już było”. Nie pogniewam się, że nie czytacie dalej. Ponudźcie się twórczo.

Uwaga niedźwiedzie

Jeśli macie dzieci to wiecie, że podstawową cechą dziecka spacerującego jest… wleczenie się i nienadążanie. I można mu mówić i tłumaczyć, krzyczeć, prosić, wzbudzać litość, zaklinać… w końcu płakać, a i tak ciągle czekać za zakrętem. W końcu wynurzy się łaskawca, jaśnie Panienka, szlachcianka, księżniczka pasztetowa. Idzie, cofa się, nie wiadomo. Patykiem macha albo jakimś kamieniem podrzuca, kamień spada, ona podnosi. Górka jest, kamień się stacza w przeciwną stronę. Ty wyglądasz już jak czajnik, czerwony, z gwizdka Ci się kopci, zaraz ten gwizdek wyleci ze świstem pary wypełnionej brakiem cenzury. A ona ma czaaaaaaaaaaaaaas, mnóstwo czasu. Wynurza się i mówi: Jestem, no co. I widzisz już te ręce jak się zaciskają na tej cieniutkiej szyi.
Tym razem jednak tak nie było, bo zza zakrętu wyjechał pojazd, pojazd pełen strażników granicznych. Pojazd zatrzymał się ukazując dwie uśmiechnięte urzędolskie mordy. Ponieważ urzędoli nie lubimy, jesteśmy na środku jakiegoś szlaku, odwracamy się jak ostatnie chamy i zaczynamy studiować znajdujące się nieopodal bobrowisko. Może sobie pojadą. W każdym razie odmawiamy zeznań. Nagle jeden z zajmujących pojazd niedźwiedzi odzywa się ludzkim głosem i zapytuje, czy czegoś nie zgubiliśmy. Konsternacja… to mówi. W tym czasie z tylnego siedzenia wytacza się szlachcianka, jaśnie panna, księżniczka-dziecko. I można mówić i tłumaczyć, krzyczeć, prosić, wzbudzać litość, zaklinać w końcu płakać, żeby nie rozmawiała z obcymi, już o ładowaniu się do obcych samochodów nie wspomnę. Tak, mundurowy to też obcy. Mundurowy o policyjnych uprawnieniach to nawet więcej niż obcy. To wróg!

Umieram i Polańczyk

Kiedy umierasz od zatrucia pokarmowego i nie jesteś wstanie zrobić tego po co właściwie tu przyjechałeś czyli zdobyć kolejnego szczytu do Korony Gór Polski, awaryjnie wybierz się do Polańczyka. Jak już spadnie gorączka, przestaniesz wydzielać wiadra potu, odeśpisz nocne łazienkowe harce ciężkim, twardym snem bez marzeń, możesz zapomnieć o Tarnicy i połoninach i udać się do największego i najpaskudniejszego kurortu w okolicy. Tam wędrując, a raczej snując się krok za krokiem z wieloma przystankami dojdziesz na zachód słońca nad Zalew Soliński i pierwszy raz w życiu zobaczysz zaporę z drugiej strony. Jeśli oczywiście uda Ci się zaparkować.
Zapora, góry i zalew bardzo piękne. Polańczyk, hotele, turyści bardzo brzydcy. Zbiór tandety i chłamu, prostactwa i tłoku. Zdecydowanie nie dla mnie to miejsce, zbyt ludne, zbyt miejskie, ogólnie zbyt. Moje zniesmaczenie pogłębiła jeszcze niemożność kupienia półdziecku takiego ustrojstwa na dwóch kółkach, które mogłoby pchać za wepchnięty w zadek kaczuszki, pieska czy innego stworzenia, patyk. Tyle tandety, a tak prostej zabawki brak. Screw you Polańczyk!

Łań… cud


Dnia ostatniego porzuciliśmy Bieszczady. Właściciel naszego miejsca noclegowego, kiedy na recepcji zwracałam klucze ze szczerym zdziwieniem zapytał: Wytrzymaliście do końca? Jak widać Bieszczady nie są miejscem dla każdego. Dowiedziałam się także, że po dwóch tygodniach wszyscy chorują na jelitówkę i że to taka woda. W sumie fajnie, że powiedział – szkoda, że na koniec pobytu. Zapakowaliśmy nasz dobytek i ruszyliśmy zostawiając za plecami żubry, niedźwiedzie, strażników granicznych, zimne noce i trującą wodę. Zatrzymaliśmy się dopiero w Łańcucie.
Bardzo długo zastanawiałam się co z tym fantem zrobić, a właściwie z tym Łańcutem począć. Spędziliśmy tam jeden wieczór, nie całkiem jednak zdrowi. Zwiedziliśmy pałac jako ostatnia grupa — biegiem. Nawet na rynek nie starczyło czasu. Łańcut jest cudowny i zasługuje na więcej uwagi; wybierzemy się tam na majówkę i wtedy poświęcę temu zadziwiającemu miejscu cały wpis.

Dwie zagadki

Na zakończenie chciałam zaproponować dwie zagadki obrazkowe.

Pierwsza: Co autor miał na myśli?

Bieszczady

Druga: Co jest nie tak z miejscowymi gołębiami?

KONIEC CZĘŚCI DRUGIEJ

 


GRATISY

POKOT – Agnieszka Holland

Strona Prywatnego Muzeum Historii Bieszczad

 

I piosenka, o której zapomniałam w poprzednim wpisie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.