ekologiczna mała biała ćma w ptwartych rękach

O tym jak… chciałam być ekologiczna

Kiedy na świat przychodzi człowiek

Zaczynając swoją przygodę z macierzyństwem zaczynamy także wielką przygodę w produktami nieodpowiednimi dla dzieci. Zaczynamy uważnie przyglądać się wszystkiemu, z czym nasze dziecko ma styczność, a w trosce o jego zdrowie wykluczamy z naszego życia to, czym wcześniej ochoczo się zajadaliśmy, lub nacieraliśmy nasze ciała. Niestety wprowadzanie ograniczeń bywa problematyczne i wymaga, pokładów czasu, siły, energii, samozaparcia, niejednokrotnie dużych pieniędzy.

Ekologiczna wariatka?

Często obserwuje jak wielu rodzicom odwala na tym punkcie, odwala do tego stopnia, że robiąc dziecku herbatę lub obiad wodę do gotowania pobierają z plastykowej flaszki zwanej mineralną, a potem sypią do tej wody owocowe kaszki suto zaprawione maltodekstryną. Zamiast gotować samemu trochę zupki, codziennie stawiają na słoiki i bezrefleksyjnie wierzą w brak konserwantów w jedzeniu dla niemowląt. Myślę, że nie da się zrobić obiadku z rybą, który ma kilkumiesięczny termin przydatności do spożycia, a w sklepie stoi na półce, a nie w lodówce. Ja rozumiem, wekowanie żywności działa cuda, ale nigdy nie uwierzę w masową produkcję takich weków.

ekologiczna

 

Walka z chemią gospodarczą

Kiedy urodziłam drugie dziecko sama trochę ześwirowałam i walczyłam jak lwica z chemią gospodarczą. Walka ta była nierówna i jako taka została przegrana z kretesem. Jedynym używanym wtedy środkiem do czyszczenia była soda oczyszczona. Kupowałam ją na wiadra po 5 kg — schodziła jak woda. Myłam, sprzątałam i prałam z jej głównym udziałem i… poległam. Szorowanie wanny, szorowanie kibla, szorowanie umywalki, zlewu, pieca, piekarnika pochłaniało dramatycznie dużo czasu. Świat zmienił się w jedno wielkie sprzątanie i szorowanie, szorowanie i szorowanie, i wcieranie tego białego proszku w powierzchnie. Nerwowo nie wyrobiłam, załamałam się, odłamałam i sodę olałam. Kupiłam flaszkę ohydnej chemii potocznie znanej jako domestos i w 10 minut moja łazienka i kuchnia błyszczały cudnie, a ja mogłam wreszcie zająć się czymś pożytecznym. Tak, daje chlorem, tak, chlor truje. Czyszczę wiec jak nie ma dzieci w pobliżu obficie przy tym wietrząc.

Pranie

Uparcie chciałam być ekologiczna, więc w efekcie olałam też pranie z dodatkiem sody oczyszczonej. Miała ona wodę zmiękczać, a pranie miało być bielsze niż białe. Gówno (za przeproszeniem wielkim)! Pranie było jak pranie, wyglądało identycznie, jakby tu sobie nie wmawiać i nie afirmować swojego ekologicznego podejścia. Dodatkowo naczytałam się gdzieś o szkodliwości płynów do płukania tkanin, które trują nas po trochu przez skórę na ciele, chciałam zamienić je na rzeczoną sodę dla ogólnej rodzinnej zdrowotności. Brak świeżego zapachu suszących się, a potem ułożonych w szafach ubrań strasznie wszystkim doskwierał i kiedy czasem coś z dziecięcej garderoby wyprała któraś z babć cała rodzina potrafił stać i wąchać w niemym zachwycie te wyprane gacie rozpamiętując stare dobre czasy trucia się przez skórę zmiękczaczem tkanin. W kolejnym ataku ekologicznego świra nakupiłam naturalnych olejków eterycznych, jak radzili w internetach. Nie wiem jakie, Panie na forach, mają te olejki ani ile, jak, gdzie, w czym i czy w ogóle pakują je do pralki. Moje pranie nie pachniało olejkami i w efekcie buntu na pokładzie, mojej dezaprobaty, daremnie wydatkowanej energii i pieniędzy powróciłam do starych metod pralniczych zostawiają sodę jako dodatek do ciast.

Minimalizm

Na polu pielęgnacji skóry maluszka osiągnęłam jednak sukces. Z dumą mogę powiedzieć, że minimalizm jest tutaj jedyną słuszną drogą. Moja lista rzeczy do pielęgnacji niemowlęcia wygląda następująco: Olejek migdałowy, mydełko marsylskie, sudocrem, pieluchy i chusteczki do tyłka, płyn do prania dla niemowląt — koniec! Żadnych mazideł, oliwek ułatwiających zasypianie, zasypek, kremów, zmiękczaczy do wody i cudów na kiju. Szkoda pieniędzy!

Jak tego używać. Mydełkiem marsylskim myjemy dziecko, głównie włoski, reszta odmoczy się w wodzie z mycia włosków i tyle. Myjka? Dajcie spokój. Przed wyjęciem dziecka z kąpieli wlewamy do wanienki łyżkę olejku migdałowego, który zadziała jak klajstrowanie oliwką, czyli pozwoli usunąć wodę z wszystkich zakamarków skóry. Jeśli olejek wyszedł, możemy go zastosować oliwą z oliwek i od wielkiej biedy rzepakowym, wprawdzie dzieciak daje potem trochę fryturą, ale poza tym funkcja natłuszczenia zostaje spełniona. Tak przygotowane dziecko osuszamy, pakujemy w pieluchę, ubieramy i gotowe. Sudocremu używamy tylko i wyłącznie na odparzenia, jeśli takowe się pojawią a pojawią się czasem bankowo, w zasadzie jedno małe opakowanie tego specyfiku skończyło mi się dopiero teraz, czyli po półtora roku. Z braku kremu możemy sypać mąką kartoflaną – metoda mega ekologiczna. Dziecko niczego więcej nie potrzebuje. Nie dajcie sobie wmówić, jak ja przy dziecku pierwszym, że te wszystkie drogie i pięknie opakowane kosmetyki niemowlęce są wam potrzebne. Zapomniałam jeszcze, że czasy się zmieniły i zalecenie codziennej kąpieli, którą serwowałam swojej pierworodnej, już nie obowiązuje. Dziecko kąpie się… jak się matce przypomni.

Jedzenie

Tutaj to już jest tragedia. Zakupy to wieczna lektura zawartości. Chodzi człowiek i czyta, czyta i chodzi. Niejednokrotnie musi ustąpić albo nie jeść. Jak już wcześniej pisałam na rynku jest niewiele kaszek, które nie zawierają maltodekstryny, w marketach jedynie kleik ryżowy i od niedawna kukurydziany. Reszta kolorowych aromatyzowanych paskudztw zawiera to zwiększające kaloryczność cudo. Tegoż specyfiku unikałam jak ognia, ponieważ od dziecka borykam się z nadwagą i jest to coś, czego bardzo chce moim dzieciakom zaoszczędzić. Nadwaga zaczyna się, moim zdaniem, od takich polepszaczy już na samym początku. Podobno też od mleka modyfikowanego. Niestety jest ono czasem konieczne, ale nie pojmuję czemu niektóre mamy ponad rocznym dzieciom ładują tę chemiczną mieszankę, zamiast zrezygnować całkowicie z mleka i uzupełniać te składniki zwiększoną ilością nabiału w diecie. Ja tak robię odkąd zrezygnowałam z karmienia piersią jakiś czas temu. Nie uważam, że karmienie piersią jest konieczne do trzeciego roku życia, nawet do drugiego. Skoro Bóg dał dziecku zęby w określonym czasie chciał, żeby dziecko z nich korzystało. Nie rozumiem też karmienia za wszelką cenę długie lata. Nie chcę, żeby pierwszym wspomnieniem mojego dziecka w wieku lat trzech był maminy cycek. Nie panikuje też z krowim mlekiem, co to jest dla cieląt, a nie dla ludzi. Nie wyobrażam sobie zrobienia kakao na wodzie albo kawy zbożowej bez mleka. Tego się po prostu nie da pić.

Cukier, cukier i jeszcze raz cukier

Wszystkie serki dla dzieci, soczki składają się głównie z cukru i regulatora, który sprawi, że sześć łyżeczek w malutkim kubeczku będzie się wydawało umiarkowanie słodkie. TRAGEDIA. Czasem wydaje mi się, że nikt nie wie ile tak naradę jest cukru we wszystkich produktach dla dzieci. Naprawdę boję się cukru, który jest wszędzie. Bardzo się staram ograniczać go dzieciakom jak tylko potrafię. Przykładowo: kupuje tylko jogurt naturalny, do niego dodaję domowego dżemu, albo owoców, co w przypadku Półdziecka jest kompletnym zepsuciem dobrego już smaku samego jogurtu. W domu prawie nigdy nie ma słodyczy, sami też ich nie kupujemy, bywają, jeśli ktoś podaruje je dzieciakom w prezencie, chociaż rodzina wie, że preferujemy owoce i zamiast czekolady i ciastek kupują owoce liczi, lub inne podobne owocowe smakołyki.

ekologiczna

Ekologiczna inaczej

Ktoś może powiedzieć, że tak trzeba, że ekologiczne jedzenie, pranie i sprzątanie są konieczne dla naszego zdrowia i życia, i da się kupować produkty ekologiczne. Pewnie, że można, delikatesy ekologiczne stoją otworem. Można tam naprawdę zobaczyć zdrową, certyfikowaną, mega ekologiczną żywność. Zobaczyć, ale nie kupić. Piersi z kurczaka za 65,00 PLN za kilogram, sałata lodowa bio sztuka jedna 11,00, pietruszka po 10,00 PLN za kilogram. I choćby chciał człowiek to nie może, chyba że jeden miesiąc jemy bio, a potem nie mamy już gdzie jeść, bo eksmitują nas z mieszkania za nieopłacanie czynszu.

Ludzie, nie wariujmy. Wszytko i tak przeminie, dzieciary dorosną i wyniosą się wychowywać własne dzieciary. My albo padniemy na raka od konserwantów, smogu, płynów do płukania i elektroszumu naszych routerów, albo nie. Potem przy końcu naszej drogi, na moment przed zawałem serca, który nas zabije oczywiście, pomyślimy: na jaką cholerę całe życie prałam w sodzie oczyszczonej?

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.