Szaleństwo recenzyjne noworocznego dnia
Tak się dzisiaj rozpędziłam, że po napisaniu tej trzeciej już dzisiaj recenzji pozostanie mi jeszcze jedynie zmierzenie się z monumentalną powieścią o łodzi podwodnej – Okręt i pierwszy raz chyba pozbędę się na stałe stosika wstydu. Mam niepohamowaną ambicję tego dokonać i, co więcej, dokonam tego.
Czas bowiem ciut mi się zatrzymał: dzieci nie mają szkoły, spadł śnieg, dużo czasu spędzają na podwórku, małżonek miał dużo wolnego i dzięki jego ciągłej, kojącej obecności wszystko toczy się spokojnie — no, w miarę. Studiowanie na ten czas odwiesiłam na kołek, większość egzaminów udało się zaliczyć przed sesją, jestem więc w tej materii na bieżąco. Czekam na informację, czy uda mi się załapać dorywczo do pracy, i nawet fitness z pilatesem, na które chodzę dwa razy w tygodniu, zaczną się dopiero po dziewiątym stycznia. Mam więc czas, mam dużo czasu i strasznie, strasznie, strasznie mnie to raduje.
To będzie pierwsza taka recenzja na mojej stronie
Jak do tego doszło? Jak to mogło się stać? Mogło i stało. Pierwszy raz, i mam nadzieję, że nie ostatni, opowiem wam o mandze. Pewnie nie wiecie, ale nastolatką będąc, strasznie tą mangą i anime się jarałam. Niestety nie było w odmętach lat dziewięćdziesiątych dostępu do zbyt wielu tego typu treści. Kupowało się pismo Kawaii, oglądało jakieś pojedyncze anime — Czarodziejkę z Księżyca, potem Akirę załatwioną od brata koleżanki na kasecie VHS. Wreszcie wyszło nawet wydanie Evangeliona i część tej akurat mangi mam na półce, ale nie czarujmy się — fabuła jej była tak durnowata, że szkoda mi było kasy, wtedy niemałej, na taką literaturę. Nie wiem też, czy to jest literatura, ale litery tam były, więc niech już tak pozostanie.
Młodzieńcza fascynacja podsycana była produkcjami Studia Ghibli oraz, wreszcie, dzięki rozwojowi internetu, późniejszym dostępem właściwie do wszystkich tytułów, które mogłam sobie wymarzyć. Zdarza mi się czasem oglądać anime, a teraz swoją pasję, chociaż to chyba za duże słowo, dzielę z najstarszą Zimoroślą. Jednak przerosła mnie ona już w ilości przeczytanych komiksów i obejrzanych anime. Takie to prawo młodości – więcej czasu.
Tańcząc w klatce
Manga ta ma dwie niebywałe zalety. Pierwszą z nich jest naprawdę fajna kreska, a drugą – jej długość. Rysunki są naprawdę super, takie na poważnie, w poważnej historii, bez tych irytujących chibi – głupawych min i zmniejszania bohaterów. Każda strona to małe arcydzieło, postaci są zróżnicowane i wyglądają jak zwykli ludzie. Jeśli ktoś nie potrafi znieść mangowych oczek, ta pozycja zdecydowanie powinna mu się spodobać; tutaj bowiem nie ma takiego typu bajkowych istot.
Cały cykl składa się z trzech tomów i jest to dzieło skończone. Przy tak częstej w mangach ciągocie do tworzenia tasiemców, pełnych „przed-historii” i „po-historii”, a i przez środek mierzyć trzeba się z niezliczoną ilością tomów albo odcinków, jest to niebywała zaleta. W każdym razie dla mnie.
Oddajmy jednak głos bohaterom i autorowi, albo najpierw jemu, a potem bohaterom
Kiedy dostałam cykl do ręki, nie wiedziałam jeszcze, co znajdę w środku. Zaczęło się z grubej rury. Gdzieś w dziwnym kraju jest więzienne miasto; pozamykano w nim różne męty, społecznych wyrzutków, a i takich, co na sumieniu nie mieli niczego szczególnego. Mieszkali tam i źli, i dobrzy ludzie; rodziły się dzieci. Właśnie o tych dzieciach jest cała historia. Mała dziewczynka Chloe i jej jeszcze mniejszy braciszek Locke nagle zostają sami. Dostają niebywałą szansę od losu – możliwość ucieczki. Na ich drodze stoi ochrona i gigantyczny mur otaczający więzienne miasto. Dziewczynka przechodzi, chłopczyk spada. Masakra – ciężko czytać o krzywdzie dzieci, strasznie ciężko. Serce się kraje, ale tli się w nim nadzieja.





Chloe wraca do miasta po latach, już jako młoda kobieta, wojowniczka. Wraca, aby odszukać utraconego brata i… nie mogę niczego więcej powiedzieć. Fabuła jak z całkiem dobrego thrillera – leje się krew, pomagają dobrzy, brodaci faceci po przejściach, nawróceni przestępcy i dzieci zamknięte bez wyroku i bez szans na lepsze życie. Czy rodzeństwo w końcu się połączy? Czy uda się uciec z więziennego miasta? Tego już musicie dowiedzieć się zupełnie sami. Ło, cię panie, ale to zabrzmiało, jakbym tył książki jakiś czytała przed zakupem.
Zdecydowanie polecam tym niezdecydowanym
Nie ma zmartwienia, nie wyłażą w każdym rozdziale nowe potwory do pokonania. Także ze spokojnym sumieniem polecam tym, którzy do tej pory uważali mangi za pierdoły dla dzieci – Tańcząc w klatce to coś dobrego na początek przygody z tą formą literacką.

