Święta, Święta ciągle święta
Mamy teraz wspaniale długą przerwę świąteczną, a ja dzisiaj do Was pukam z kolejną odsłoną lektury szkolnej. Dziwny teraz jest system doboru lektur – nie wiem, kto i jak wybiera te książki, podobno jakieś niedookreślone komisje z kuratorium, których nikt nie zna i nikt na oczy nie widział. Nie wiem nawet, czy same lektury przetrwają w programie nauczania do osiągnięcia wieku poborowego naszego kolejnego dziecka. Jedno wiem na pewno – będziemy mieli pokaźną kolekcję z całkiem sporego okresu. Można by nawet powiedzieć, że gdzieś od 1967 do 2039 roku. (2039 dziwnie ten rok wygląda, trochę jak jakaś niedookreślona data z fantastycznej przyszłości; to już będzie 20 lat po Łowcy Androidów).
Rany Julek!
Czyli kolejna odsłona biografii dla dzieci. W tym przypadku, moim skromnym zdaniem, dosyć udana. Na pewno bardziej udana niż historia o Marii Skłodowskiej-Curie. Tyle że to jest akurat moja opinia, a ja jestem już duża i książki dla dzieci nie są dla mnie. To, co było w Julku urzekające – zabawne opowieści i wierszowane wtrącenia – kompletnie nie znalazło uznania u Nasturcji i podobno u reszty klasy również, z paroma jedynie wyjątkami.
W mojej ocenie wszystko tu zagrało. Prawdziwe historie z życia Juliana Tuwima – bo o nim właśnie mowa. Zdaje się, że zapomniałam wspomnieć wcześniej o tym drobiazgu. Trzeba przyznać, że miał jako dziecko bardzo oryginalne pomysły i zainteresowania, które zaprowadziły go do równie ciekawej dorosłości. Jedno jedynie mnie zastanawia: czemu nie wspomniano w całej książeczce, że mały Julek był Żydem? Jakby ta część jego życia była dziwnie wstydliwa i niewygodna, aby ujawniać ją małym polskim dzieciakom.
Mam też świadomość, że skoro do mnie to wszystko tak przemawia, niestety dla dzieci będzie najprawdopodobniej zbyt skomplikowane, ciut za chaotyczne. Mieszanina stylów – pisanie raz wierszem, żeby zaraz potem powrócić do prozy w połączeniu z rymowanymi przypisami – może stanowić problem, jeśli nie czyta się jeszcze zbyt dobrze. Interpretacje tekstów wierszowanych niekoniecznie muszą być jasne i czytelnie wiązać się z fabułą – w głowie dziecka, oczywiście. To, co mnie właśnie bawiło, sprawiało, że do samego końca nie nudziłam się ani przez moment, małym czytelnikom mogło właśnie sprawiać największą trudność. Cóż, szkoda, że Nasturcja nie jest zbyt wylewna w swoich ocenach. Chyba boi się powiedzieć, co naprawdę myśli – nie chce obrazić utworu, a w zasadzie chyba bardziej nie chce obrazić mnie. Nie ma jeszcze w swojej małej główce na tyle cywilnej odwagi, aby powiedzieć: „Boże, matka, ale to jest gniot!”
Słów kilka o wydaniu
Książkę, przynajmniej tę naszą, wydawnictwa Literatura ilustrowała Joanna Rusinek. Nie jest to akurat mój ideał ilustracji. Myślę, że miały one wpasować się w czasy przedwojenne i to nawet się udało. Dzieci chyba jednak tego tak nie widzą, chociaż Nasturcja uważa, że były one najlepsze z całej książki.



Na zakończenie anegdota przydomowa
Przy okazji omawiania lektury nieulubiona Nasturcjowa wychowawczyni poleciła nauczyć się jednego z wierszy Tuwima. No i wtedy wyszła propozycja – tak zupełnie przypadkowo, i żeby nie było, to dzieciaki same wykminiły, żeby to był ten wiersz:
I gdyby tylko dzieciaki były w stanie zrozumieć z niego z niego coś więcej niż chwytliwy refren na pewno bym na to przystała.
