Bestiariusz Słowiański

O tym jak… z książki wyłażą potwory czyli Bestiariusz Słowiański

Rzecz o skrzatach wodnikach i rusałkach

Bestiariusz Słowiański został wybrany nieoczekiwanie spośród wielu, wielu innych dostępnych pamiątek z wakacji. Zdeklasował cukierkowe obrazeczki, odzwierzęce pocztówki, rysunki koni, haftowane makatki, odpustowe pierścionki, branzolejty i sisiorki wszelkiego rodzaju. Muszę przyznać, że wybory mojego dziecka niejednokrotnie napawają mnie dumą, a ma dopiero osiem lat. Początkowo strzygi i upiory zamieszkały w samochodzie gdzie opowieści o nich zostały przeczytane od deski do deski chyba ze cztery razy. Bestiariusz został inspiracją do przedziwnych notatek w zeszycie i kolejnej tajemniczej i potwornie strasznej zarazem (ale nie za bardzo) gry w  rodzinnego Worhammera. Pięknie wydany i pachnący. Ilustrowany dokładnie tak jak lubię, czasem troszkę strasznie, czasem zabawnie.  Poziom wysoki, dowcip cięty, wszechogarniająca sepia. Pochwalam, pochwalam i po stokroć pochwalam.

 Bieda, Borowy, Buc, Kocmołuch, Maruda

Bestiariusz Słowiański

Co wewnątrz. Ano, mieszkają w książce bestyje przeróżne, jedne dobre, inne złe, uciążliwe, dziwne, szpetne, czasem piękne. Przenoszą czytelnika cichaczem do świata gdzie wszystko, co do końca nie było jasne tłumaczono ingerencją przedziwnej istoty, zapominając, lub nie chcąc pamiętać, że prawdziwym potworem najczęściej okazuje się niestety człowiek.

W zasadzie nie wiem jak bardziej mogę zareklamować Bestiariusz Słowiański. Walę więc prosto z mostu: kupujcie ludziska, koniecznie trzeba wspierać naszą kulturę, zanim zostanie całkiem zniszczona, zdeptana przez powszechną amerykanizację świata. Zanim zapomną nasze dzieci i my sami zapomnimy kim tak naprawdę jesteśmy, skąd się wywodzimy, jaka jest nasza historia, nasza wiara. Ze zgrozą patrzę jak przypętują się te zagraniczne potwory. Nadciągają pomału i zagnieżdżają się w umysłach. Wyłażą Walentynki, Czerwony Mikołaj i jego przerażające czerwononose renifery, Halołin z dyniową głową, jakiś Patryk obwieszony koniczyną. Walentynki nie są przecież lepsze od Nocy Kupały, czemu niby są lepsze, bo takie czerwone, amerykańskie. Luty, zima, czasem nawet śniegu ni ma, jakiż w tym romantyzm. Przyłażą te paskudztwa i wypędzają swojskiego Gnieciucha, Beboka. Nawet Babę grochową wypędzają i nikt się za nimi nie ujmie tylko Panowie Zych i Vargas. Ratujmy naszą kulturę, nie obchodźmy tego zagranicznego dziadostwa. Unikajmy jak ognia!

Tak cholera, WALENTYNEK też!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.