O tym jak… lata Star Trek: The Original Series

Zwariowała

Powiecie tak za chwilę i zasadniczo będziecie mieć rację. Zdaje się, że od telewizji mnie się tak porobiło. Przeraża mnie telewizja, a was?

Włączasz to pudło, a właściwie już nie pudło, a te takie „plackate”, szyba, Toszyba. Włączasz i reklama, na wszystkich kanałach w tym samym momencie. Najgorsze dziadostwo naszych czasów. Hemoroidy, skurcze żony, bóle stawów masażysty, bóle głowy, menstruacyjne, proszki i kredyty, kredyty, kredyty, i kredyty i prochy, i prochy, tran, witamina, niespokojne nogi, bolące gały, serki: aksamitne, żółte, białe, piorą lepiej od  średniowiecznej praczki. Kupisz je tu, tam i siam, taniej, drożej, sto tabletek w jednej dawce, sto dawek w jednym czopku, czosnkowy tran z amazońskiej świętej żaby gratis. Przerażające, ale na szczęście się kończą i jedzie dalej Szpital, jak szpital to Pielęgniarki oczywiście Na ratunek 112, Wzruszyła mnie twoja choroba i Choć ci zoperuję. Potem Poznaj Swoje Prawa, Oszukane, Gliniarze, W-11. Jakiś Rolnik szuka żony. Na deser Dla czego ja mam Brudne z Trawy. Wieczorkiem kinowe stare trupy i co w komunie naszej słychać czyli Wiadomości bynajmniej nie Fakty, takie bardziej Wydarzenia.

Potem ktoś zaawansowany politycznie wyświetla demota z cyklu: Wyborcza czytam i TVN oglądam. Serio? Oglądasz?

Lubię pooglądać

Lubię, jak coś mi brzęczy przy sprzątaniu, gotowaniu i fajnie też czasem mieć na czym oko zawiesić. Mam też ciągoty kulturoznawcze więc znalazłam siebie serial z lat 1966 – 69 i oglądam krzątając się po domu. No i co, reklamy ją denerwują a takie brednie przyswaja. Przyswajam jako zjawisko, które niedocenione w momencie swego powstania, stało się w pewnych kręgach kultowe. Moje zaś kręgi i upodobania o tamte  ciut zahaczają. Ponieważ coś zastało uznane lubię wiedzieć w czym rzecz i wyrobić sobie zdanie w tym temacie, patrzę więc i się dziwuję. Wszyscy pewnie pamiętacie łysego kapitana, ale to nie te lata, o nie. To jest dużo, dużo grubsza sprawa.

Star Trek: The Original Series

Generalnie jest to serial o facetach w welurowych piżamkach i panienkach w koszulach nocnych tak krótkich, że na podziw zasługuje utrzymanie ich w ryzach i nie ujawnianie tego magicznego miejsca, w którym pośladki łącza się z udami. Prawdziwą rewelacją i do tej pory faworytem był pies przebrany za pozaziemską formę życia. Nie wiem ile wynosiła jego gaża ale po wyrazie pyska mógł być to jedynie wór chrupków z Tatooine.

Star Trek: The Original Series
Źródło

Tak na prawdę Star Trek: The Original Series to tasiemiec i ratuje go tylko to, że po trzech seriach został zdjęty z braku oglądalności. Wszystko to takie stare i inne, nie ma migawkowych ujęć, akcja powoli się rozkręca, a kapitan Kirk zawsze ma ten sam wyraz twarzy. O ten:

Star Trek: The Original Series
Źródło

USS Enterprise jest tak brzydki, a fantazja w jego stworzeniu tak wielka, że kopara mi opada zawsze kiedy widzę jak leci przemierzając wszechświat poszukując kontaktu z innymi cywilizacjami. Kontakt ten pozostawia zawsze wiele do życzenia i to właśnie stanowi fabułę Star Treka. Fascynująca twarz Leonarda Nimoy’a dodaje kolorytu i smaczku. On faktycznie mógł być kosmitą i wcale nie umrzeć w 2015 roku tylko powrócić na swoją planetę.

Tak przy okazji moich kręgów i wspomnianego Pana:

Im dalej…

Tym większa jazda się zaczyna. Końcówka pierwszej serii naprawdę zasługuje na pochwałę. W jednym z odcinków, zdaje się, że jest to odcinek 23, grupa zwiadowcza przenosi się na planetę, do miasteczka rodem  z dzikiego zachodu. Wszyscy w koło są dla siebie tak niesamowicie mili, że aż dziw bierze, nie tylko mnie ale i załogę. Przemili lokatorzy hotelu wypytują kulturalnie, czy przylecieli oni na mający się niedługo odbyć festiwal. Ponieważ Kapitan Kirk nie wie o jaki festiwal chodzi, nie wie też czy na niego właśnie przyleciał. Dowiaduje się dość szybko, wybija godzina 18:00. Przemili, kulturalni ludzie zaczynają gonić się po ulicach, palić co się da, dewastować sklepy, tłuc się po pyskach, gwałcić kobiety. Taki oto festiwal. Wygląda nawet atrakcyjnie. Trochę jak sylwester w Berlinie i uchodźcy goniący panie bez opasek na ramieniu oznaczających te, które akurat dzisiaj nie mają ochoty na gwałty.

Mamy tu jednak pewien ruch oporu, który stara się wszystko to zmienić. Konkretnie dokonać zmiany władzy. Władza właśnie raczy obywateli taką oto przymusową rozrywką. Opornych i krnąbrnych obywateli podłącza się do pewnej maszyny, która wchłania ich do jednego, masowego organizmu – sieci. Takie to trochę obce, kosmiczne, a jednak jakby znajome. Czuwa jednak nasz kochany amant,  nasz Kapitan. Dołącza on do ruchu oporu i w efekcie wyciąga wtyczkę władcy planety – pewnemu bardzo staremu komputerowi, który kręcił te całe lody już z 500 lat.

Star Trek: The Original Series
Źródło

Odcinek 24

Ta część także zasługuje na wzmiankę. Przylatują bowiem nasi ukochani załoganci do świata, w którym od pięciu tysięcy lat trwa wojna. Bombardują się i zabijają swoją ludność w naprawdę zatrważających ilościach dwie leżące tuż koło siebie planety. Pięć tysięcy lat wojny, drogi to interes, taka ciągła odbudowa i dalsza walka. Wszystko niby się zgadza, komputery na planecie pokazują bombardowane miasto i liczbę ofiar, tylko, że działań wojennych nie ma  żadnych. Ot symulacja taka.

I było by to całkiem ładne i piękne, ale komputer wypluwa listę ofiar, a one żyją przecież. Na to także znalazło się rozwiązanie. Mają udać się, nieszczęsne ofiary, jeszcze żywe, a już martwe, w ciągu 24 godzin do dezintegratora. Na kogo wypadnie na tego bęc. I udają się, pokornie jak łowiecki spod samiuśkich Tater. A gdyby się nie udali, ma nastąpić prawdziwe bombardowanie. I wszystkim się to do tej pory podobało, i dwie planety pełne ludzi były zadowolone. Tylko kapitanowi Kirkowi zastany stan rzeczy nie odpowiadał. Wściekł się chłopina, czerwony się zrobił cały, ryczał jak lew, tłumaczył, prosił, bił nawet, a oni nic – dezintegrator i dezintegrator, jakieś mętne tłumaczenia o obowiązku wobec ludzkości i przyszłych pokoleń.  To się tym marudzeniem doigrali i Kirk zniszczył im ten dezintegrator. Powiedział, że teraz niech sobie zobaczą jak wygląda prawdziwa wojna, to może wreszcie porozmawiają o pokoju. Mądry chłop z tego kapitana.

Odcinek 25 i 1, 2 serii kolejnej

Star Trek: The Original Series
Źródło

Co tu dużo pisać. Cała załoga zaćpała się Extasy. Szczęścia było co niemiara. Pewna roślina ich tak załatwiła i tylko Kapitan tak się wściekł, że cała załoga nie wypełnia swoich obowiązków (służbista jeden) i goni po planecie wzdychając do życia i siebie nawzajem, że zepsuł wszystkim zabawę.

W pierwszym odcinku drugiej serii okazuje się, że Pan Spock jest czymś w guście łososia i musi zjechać na swoja rodzinną planetę na tarło. Ci Wolkanie. Mamy tu także grafikę żywcem jak z Beksińskiego, bardzo ładne to tło trzeba przyznać.

W drugim odcinku serii pada bardzo piękne hasło, które w obecnym kinie nie ma już racji bytu. Na zarzut niejakiego kosmity, podającego się za boga Apolla, że ludzie potrzebują jego i całej pozostałej greckiej ekipy, kapitan Kirk odpowiada, że ludziom nie potrzeba tylu bogów, wystarczy jeden. Godne to i sprawiedliwe.

Odcinek 10 sezon 2

„W antence miał ukryty nadbiornik” – nie pytajcie. Hahahahahahahahahahahahahaha. W antence znaczy w czółku. Nie czole, a takim owadzim czółku. Rozbraja mnie ten serial momentami, rozbraja.

Chciałam jeszcze dodać, że doktor McCoy ma coś co współcześnie w kinematografii by nie przeszło –  krzywe zęby. Ja mu tego absolutnie nie wytykam (sama mam krzywe) raduje mnie to jednak, wszelka różnorodność mnie raduje! To jak kobiece piersi w Seksmisji. Różne, jak w życiu, bez cudacznych sylikonowych implantów ujednolicających każdą kobitę. Babeczki moje kochane, małe, duże, krzywe, dziwne ale wasze, a przez to piękne! Nie trzeba wam operacji. Zoperowane cycki to niewyobrażana nuda!

Star Trek: The Original Series – sezon 3

Star Trek: The Original Series

Z przykrością stwierdzam, będąc aktualnie w połowie trzeciego sezonu, brak konsekwencji. Ładnie odniesienia do Boga Jedynego i zastępuje coraz częściej słowo ewolucja. Pojawia się praktycznie w każdym odcinku w rożnych kontekstach. Kapitan coraz częściej postępuje irracjonalnie, co wcześniej mu się nie zdarzało, lub zdarzało się sporadycznie.

Kończąc przygodę z Star Trek: The Original Series ze smutkiem zauważam, że nie mam już dla was żadnego fajnego epizodu, który warto by opisać. Coraz bardziej żal poprzedniego uniesienia i przeżywania przygód załogi statku wyglądającego jak skrzyżowanie dwóch lokówek, małego bzykacza (mam na myśli część dolną z anteną satelitarną na przedzie, która wygląda jak broń z filmu Faceci w czerni) i zastawy obiadowej. Pozostaje jedynie radować się z Star Trekowych Smaczków takich jak: męskie baczki elegancko przycięte, u wszystkich bohaterów – w ząbek, dzwonów rybaczków, krzeseł, których nie można przysunąć do kokpitu, gadania do ściany, studyjnych plenerów w odcieniach pomarańczy, sztucznych roślin i skał, które już z wyglądu składają się głównie z e styropianu i folii.

Sentyment do Star Trek: The Original Series pozostanie. Tak naprawdę to przecież bzdury, ale jest w nich jakaś magia, coś każe lubić tych ludzi i ich niejednokrotnie absurdalne kosmiczne problemy. Idźcie więc i oglądajcie…

…live long and prosper

aaaaaaa i tutaj macie linka do całości, po polskiemu, jeśli ktoś odważny. Star Trek: The Original Series Online

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.