By National General Pictures (eBayfrontback) [Public domain], via Wikimedia Commons

O tym jak… być bezkształtną wodą – Bruce Lee – wspomnienie

Wspomnienie

Małą dziewczynką będąc. No, nie taką małą. Nastolatką będąc, nieletnią nastolatką, zapoznała mnie mama z Bruce’m Lee, przy okazji jakiegoś jego filmu w telewizji. Było to zdaje się Wejście Smoka jeśli dobrze pamiętam. Zapoznała mnie więc z wejściem ikony popkultury – smoka – do hasioka – mojego życia. Żarty takie, ale nie bez konsekwencji.
Kiedyś, w czasach, kiedy jeszcze nie było Dziecka i Półdziecka na świecie, a jedynie mgliste plany na ich temat. Kiedy mąż mój był dopiero na męża pretendentem. Pretendent ów zadał pytanie:

– Kochanie, jacy mężczyźni, się tobie podobają?

Łooooo, no to zapytał. Teraz co tu powiedzieć żeby się chłop nie obraził. Na szczęście nie był to czas głębokich przemyśleń i wielkiej rozkminy, a raczej szczerości i prostolinijnej odpowiedzi.

– Bruce Lee – kochanie.

Szczupły intelektualista z mięśniami napiętymi jak fedra. Nad wyraz amerykańskiej urody jak na Chińczyka. Człowiek fascynujący, który żył pięknie a odszedł przedwcześnie, tajemniczo i niepotrzebnie.

Prostota, skuteczność i racjonalność techniki

Z innej strony – tej spiskowej

Bruce Lee i jego ukochany syn Brandon – Krwawe ofiary illuminati

Może i brzmi to komicznie, kiedy na scenę wchodzą reptilianie. Myślę, że mieszanie ich we wszystko to już gruba przesada; teorie spiskowe są już wystarczająco spiskowe, a ludzie na szczytach wystarczająco szaleni, bezwzględni, okrutni  – bez udziału tajemniczych, niebiesko-krwistych ludzi jaszczurów.

Gdzie leży prawda o tej śmierci (i kolejnej – syna Bruce’a – Brandona, równie niepotrzebnej, głupiej i jednocześnie fascynującej – czy spowodowanej planami ekshumacji ciała ojca, nie wiadomo)? Zapewne gdzieś po środku. W połowie drogi między międzynarodową karierą, a konsekwencjami związanymi z jej robieniem. Wszystkimi konsekwencjami począwszy od tych zdrowotnych, przez układy w showbusinessie i polityce. Bruce Lee nie był przecież człowiekiem z przypadku. W filmach grał od 6 roku życia i do roku 1966 – jego pierwszych aktorskich podrygów w USA – zagrał w 22 produkcjach. To z czego znany jest nam, to zaledwie dwa lata jego pracy, ostatnie lata. Paradoksalnie wraz w Wejściem Smoka sam Smok został pochowany.
Należy także pamiętać, że Bruce Lee nie tylko był aktorem, choreografem i reżyserem. Stworzył też własną sztukę walki – Jeet Kune Do, studiował filozofię, pisał aforyzmy i książki.

1973

Czyżby historia Bruce’a Lee była kolejnym przykładem sytuacji, w której słowa „sport to zdrowie” nabierają zupełnie innej wymowy. Może właśnie z tej przyczyny tak trudno uwierzyć, że zmarł on od tak, prosto – z przepracowania.

Nie jest chyba tajemnicą, że Japończycy nie są do końca normalnymi osobnikami. Wieloletnia izolacja na wyspie, przeświadczenie o swej wyższości nad innymi i feudalne stosunki odcisnęły na psychice Japończyków tak duże piętno, że coś tam po drodze w ich głowach nie sztymuje. Nałogowy pęd do pracy, obsesyjny wręcz, a z nim przedziwne ciągoty do porno i karaoke to chyba najbardziej znane przejawy Japońskiego szaleństwa. Czemu wspominam Japończyków, skoro Lee Japończykiem nie był. Z racji na pewne pojęcie, które narodziło się właśnie w Japonii, w latach 60-tych – Karōshi (Śmierci z przepracowania). Wyobrażacie sobie tyrać w korpo tak długo, aż wysiądzie wam serducho. Są i będzie coraz więcej takich przypadków. Pamiętacie jak parę lat temu gość zapomniał oddać dziecko do żłobka i biedactwo zmarło w samochodzie? Czemu tak się stało, odpowiedzcie sobie sami. Pod jaką presją przychodzi nam żyć.

Praca aż do śmierci

Objawami Karōshi są głównie niewydolności krążeniowe i zawały z przemęczenia, stresu – ciągłego i długotrwałego. Jednym słowem tak długo przerzucasz papiery, aż padasz na zawał. (Tak długo – znaczy 60 godzin tygodniowo, 50 godzin nadgodzin w miesiącu i wybrana tylko połowa urlopu). To, co spotkało Bruce’a Lee, rzekomo oczywiście, to połączenie leków na ciągły ból pleców, którego nabawił się w wyniku kontuzji kręgosłupa, pracy po 18 godzin dzienne, dziabnięcia haszu, a na końcu poprawienia tabletą na ból głowy. Połączenie wszystkich wymienionych czynników doprowadziło do udaru mózgu i  śmierci.  Chyba trochę mało, żeby powalić 32 letniego, codziennie trenującego, zdrowo się żywiącego chłopa – sytuacja, w której biorący leki przeciwbólowe na kręgosłup, zapalił skręta, łyknął Ibuprom, poszedł na rower i zmarł…
Samo Karōshi dotyka także pewnej grupy ludzi „nieśmiałych, niedowartościowanych, bojących się otoczenia, podchodzący z obawą do swojego talentu, spontaniczności, czy fantazji”.
Bruce Lee sam o sobie mówił, że jest cholerykiem, perfekcjonistą – profil osobowości więc również się nie zgadza. „To się nie dodaje!”

Biografia? Ktoś, coś?

No i zamarzło, wkręciłam się w tą historię i teraz ciekawość mnie zżera. Ciekawość połączona z chęcią poszerzenia wiedzy.  Myślę, że dobrze było by przeczytać jakąś biografię, w ten sposób poznać bardziej osobowość Bruca Lee i jakoś poskładać sobie te skrawki rozbitego życia w pełnen obraz. Szkoda tylko, że polska biografia jest jedna i to pisana przez Polaka (Okna czasu. Krótkie życie Bruce’a Lee – Przemysław Słowiński)… Szukam więc zagranicznej książki, ale nadal nie jest to łatwe, na oficjalnej stronie Fundacji Bruca Lee znajduję rozpiskę książek. Biografie są, owszem: dwie – wspominki żony i powstała w 2013 opowieść pisana dla tej właśnie fundacji – Bruce Lee: The Evolution of a Martial Artist. Jeszcze wygrzebałam coś takiego Unsettled Matters: The Life & Death Of Bruce Lee – Tom Bleecker Dziwnie to mało jak na taką osobowość popkulturową jaką był Bruce Lee. Pozostaje tylko  mieć nadzieję, że Pan Słowiński przeczytał te zagraniczne książki i przetworzył to wszystko ładnie na nasze. A mnie pozostaje wyprawa do biblioteki.

By National General Pictures (eBayfrontback) [Public domain], via Wikimedia Commons

(Mam nadzieję, że dobrze wszystko opisałam w tym zdjęciu i Wikipedia mnie nie posądzi i złodziejstwo, jeśli ktoś się na tym zna pomoc mile widziana.

Matko, człowiek tylko jedną fotę chce udostępnić a naczytał się dwie godziny o licencjach w USA. Dalej głupi jest jak był i nie wie czy to jest tak dobrze czy źle. Podejmuję jednak ryzyko. Jeśli kiedyś zobaczę swoje zdjęcie u kogoś innego, bez tych wszystkich licencyjnych ozdobników, słono mi zapłaci za te dwie godziny mojego trudu, szlifowania angielszczyzny i złoszczenia się!)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.