wilkanowski drzewa we mgle

O tym co to… klimat kotliny

Kiedy ponad cztery lata temu wymyśliliśmy sobie z żoną, że spędzimy resztę naszego życia w górach, z dala od ukochanego Górnego Śląska, gdzieś tam w głowie pobrzękiwała myśl (ba! była nawet zachętą), że górski klimat (a klimat kotliny w szczególności) różny jest od tego wielkomiejskiego. Drażniło nas obu upalne lato, temperatura powyżej 25stopni w ciasnym mieszkadle czy brak śniegu w środku zimy. Dwieście pięćdziesiąt kilometrów od największego w Polsce skupiska ludzi, w dziczy i spokoju, z dala od zgiełku, duchoty betonowo-ceglanego świata miało być całkiem inaczej.

Często jeździliśmy w góry

Praktycznie wszystkie wakacje i sporą część wycieczek parodniowych (a było tego naprawdę sporo) spędzaliśmy na południowych krańcach Polski. Zawsze wydawało mi się, że jeśli w Katowicach jest upalnie, to np. w Milówce upał też jest, ale jakiś taki lżejszy i łatwiejszy do zniesienia. Koniec z zaduchem, koniec z przegrzaniem – ino cysty, górski luft!

Czy aby na pewno zdawaliśmy sobie sprawę ze skali inności?

Wyczytałem przeszło dwa lata temu w starym, polskim przewodniku po Ziemi Kłodzkiej, że klimat kotliny – mojego obecnego miejsca zamieszkania – jest „nieco chłodniejszy i wilgotniejszy”. I słowem-kluczem jest tutaj sformułowanie „nieco”. Nieco tylko chłodniej w naszej górskim klimacie jest niż w położonej w dolinie Bystrzycy Kłodzkiej. Jakieś max 2 może 3 stopnie. Bardzo fajnie uwidocznia się to w okresie chłodniejszym, około zimowym. Kiedy na dole, przy „biedrze” pada jeszcze deszcz, po drodze w sąsiedniej wsi śnieg z deszczem, to gdzieś w okolicach trzeciego zawijasa na drodze wojewódzkiej zaczyna się zima. Zima i śnieg. Powoduje to czasami bardzo nieoczekiwane i jakże niepożądane wydarzenia drogowe kosztujące w efekcie trochę pieniędzy i nerwów. Ale nie o tym Słoneczko…To co w skali mikro zauważam w swojej gminie i co wydaje się całkiem naturalne (im wyżej – tym zimniej), w skali makro zaskakuje jeszcze bardziej.

Droga z pracy

Tak się złożyło, że moją teraźniejszą pracę znalazłem pod Wrocławiem. Sto kilometrów od mojego domu. Tak wiem, daleko i – uprzedzając pytanie – Czechy lubię, ale pracować tam nie chcę. Odległość, którą pokonuję jadąc do swojego chlebodawcy powoduje, że przemieszczam się przez klika, nazwijmy to językiem laika „stref klimatycznych”. I tak na ten przykład: kiedy pod Wrocławiem jest ciepło, przesuwając się na południe poza obszar betonowo-blaszanych parków przemysłowych robi się ciut chłodniej i jakby bardziej rześko. Największy jednak przeskok dokonuje się gdy zbliżamy się do Ziemi Kłodzkiej. Rozpoczyna się klimat kotliny.

Wyobraźcie sobie: okolice ósmej rano, słońce nisko na horyzoncie, ładnie i słonecznie – autobus pracowniczy zbliża się do majestatycznych od tej strony, choć przecież niewysokich gór bardzkich. Nagle, wjeżdżając wbijającym się w szczyty przełomem Nysy Kłodzkiej w kierunku Barda – zaczyna się mgła. Jeśli jest wiosna lub jesień mgła jest gęsta, czasami przeplatana deszczykiem. Przeskok następuje na długości kilkuset metrów i zdarza się to na prawdę często. W zimie w tym samym miejscu zaczyna się śnieg, jeśli zima łagodna i na równinach „plusowa”. Pierwszej zimy spędzonej w kotlinie kłodzkiej często słyszałem od znajomych czy kurierów przemierzających Polską pełne zdziwienia: „to wy tu macie śnieg?”. Tak, mamy. Kiedy pod Wrocławiem leje i jest +3 stopnie w Ziemi Kłodzkiej mamy zimę. Uroczo, co nie…

A jak klimat kotliny wygląda latem?

A latem nie ma suszy. Ta sama ściana, ten sam autobus pracowniczy. Upały na dolnośląskich równinach jakże dokuczliwe, w Polsce środkowej czy północnej powodujące wieloletnie susze hydrologiczne – w Ziemi Kłodzkiej: niewidoczne. Klimat kotliny. Kiedy w lipcu jedziemy na urodziny teściowej na Górny Śląsk mniej więcej za Złotym Stokiem zaczyna się inny świat. Suche trawy, oklapnięte krzaki podlewane z rzadka burzowymi nawałnicami. W tym samym czasie w kotlinie jest zielono. Przez ostatni rok jedynie kwiecień był okresem, w którym w naszej wsi nie padało powyżej 2 tygodni. Poza tym miesiącem, praktycznie przez cały rok nie było tygodnia a nierzadko i trzech dni bez deszczu. Ironiczne przywitanie z żoną po powrocie z pracy słowami „o, dawno nie padało” staje się u nas powoli zwyczajowe. Wrocław: ładnie i sucho, Bardo i Kłodzko: mgła, Idzików: deszcz. Uroczo, co nie…

Ogródek warzywny

Klimat kotliny ma swoje zalety. Kupiliśmy sobie pompę wodną i szlauch 30metrowy, żeby z pobliskiego potoku ciągnąć wodę do podlewania ogródka. W zeszłym roku od maja do października skorzystaliśmy z niego raz. Klimat ten ma jednak też swoje wady. W zeszłym roku nasze warzywa rosły ch… cholernie słabo – chyba miały ciut za dużo wody… Pocieszamy się słowami sąsiadów, którzy uparcie twierdzą, że nie zawsze tu tak morko i deszczowo, że bywają lata ciepłe i suche. Całkiem to prawdopodobne, w końcu dopiero trzecie lato przed nami i doświadczenie w tej materii nikłe. Nie zmienia to jednak faktu, że zanim wybierzecie miejsce , w które chcielibyście się przeprowadzić: uświadomcie sobie – nie wszędzie z pogodą jest tak samo.

P.S. pamiętam pierwszą wizytę w nowym domu, kiedy pan remontujący – nazywany przez nas pieszczotliwie „Dwa razy” (gdyż wszystko chciał remontować dwa razy…) powiedział, gdy komentowałem głośno prognozę pogody: Panie, nie ma co na to patrzeć, oni tą prognozę podają chyba dla jaj, tu i tak zawsze jest inaczej.

P.P.S. Powyższy wpis sporządzony jest przez laika, nie znającego realiów klimatologicznych Kotliny Kłodzkiej, a jedynie zapisującego swoje odczucia na przestrzeni bardzo krótkiego, bo dwu-letniego okresu. Prawem publicysty.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.