John Flanagan - Zwiadowcy - nie polecam

O tym jak… wyruszać na zwiad – Zwiadowcy – John Flanagan

Zaczęło się od zakupów

Mamo, mamo kup mi, kup mi. Mamo, to super książka. No i mamo kupiło. Dziecko, najstarsza zimorośl, zwana dalej Paskudą, a czasem także Królewną Pasztetową zaczęło czytać. Rewelacja, dziecko czyta, prze do przodu strona za stroną. Pierwszy tom, drugi, trzeci, czwarty… utknęła. Hmmmm, wszystko rozumiem, ale taki hit?

Zakład

Skoro sierotka utknęła, ruszyłam jej z pomocą i założyłam się o pięćdziesiąt złotych, że również przeczytam całość. Wyprzedzę ją z gracją i skończę pierwsza wszystkie szesnaście części Zwiadowców. Piękne było to założenie i zacny pomysł, stanęłyśmy więc w szranki i… teraz wchodzi proza Johna Flanagana.

Przeczytałam

Początkowo czytanie szło łatwo, opowieść młodzieżowa, nawet jak na młodzież ciut infantylna. Fabuła przewidywalna dość, a naprawdę, w przeciwieństwie do mojego męża, bardzo, bardzo staram się nie domyślać co, będzie dalej. Lubię, kiedy niesie mnie opowieść, a zakończenie nadchodzi powoli. Wyłania się z cienia i…

… wchodzi ta Paskuda i powiada do mnie:

– Co jest gorszego od kraba na pianinie?

– Rak na organach.

Zaraza, że tak zaklnę po wiedźmińsku. Wybiła mnie z rytmu i nie wiem co, miałam przekazać. A tak, zakończenie wyłania się z mroku opowieści i wpadamy wprost do drugiego tomu o tytule Płonący Most. Tutaj to już naprawdę nie wiem jak można by się nie domyślać zakończenia – Płonący Most – no nie wiem, nie wiem. Zmutowane Grzechotniki Atakują USA, to też nie wiem o czym mogło by być. Gratuluje autorowi i mistrzowi spoileru – brawo, brawo. Grubo już, a dopiero druga część. Rozochocona rywalizacją przebrnęłam przez dziesięć kolejnych tomów. Każdy następny był grubszy od swego poprzednika. Jedenasty pominęłam, bo się na chwilę zagubił i przyswoiłam jeszcze dwunasty.

Od Ruin Gorlanu po Królewskiego Zwiadowcę

Patrzę teraz na spis tytułów, wspominam fabułę każdej z opowieści. Kurcze, mało kiedy tak dobrze pamiętam co się działo. Jedenaście historii, a ja wszystko wiem. Tego, co było wczoraj na obiad nie pamiętam, a tutaj scena za sceną. Nie myślcie jednak, że to zaleta. Mówimy tu o cyklu, który ma być wciągającą lekturą dla młodego czytelnika. Z przykrością zauważam, że każda z książek zawiera tyle fabuły żeby stworzyć dobre dłuższe opowiadanie, cała otoczka zupełnie niepotrzebnie rozwleka się do niebotycznych rozmiarów. Czytanie nudzi się okrutnie i dłuży, i męczy. Bohaterowie ciągle gdzieś jadą i jadą, i wloką się pustyniami, morzami, lasami, jeziorami. Prowadzą przy tym zdawkowe rozmowy wspominając poprzednie przygody, które już przecież czytaliśmy. Stylowo opisy leżą, leżą i kwiczą, a to mnie strasznie denerwuje. Owszem można się przywiązać, a nawet po czasie zatęsknić, do bohaterów, są fajni, sympatyczni. Każdy z nich jest inny, to jednak nie wystarcza, żeby zachwycić, porwać w cudowną, naprawdę długą podróż po zupełnie innym świecie.

Innym? Czy na pewno?

Tak, tak wiem, nie jest łatwo wymyślić nowy świat, nie każdy jest Tolkienem. Mimo wszystko można by się ciut bardziej wysilić. Może się nikt nie zorientuje, jak Wikingom, Arabom, Japończykom, Beduinom i Rzymianom zmienimy nazwy, rozlokujemy ich na ciut innej Ziemi i będziemy naszych bohaterów zderzać z nimi kulturowo. Błyskotliwy plan. Ja niestety tego nie kupuję i moje dziecko też nie kupiło. W literaturze Fantasy oczekuje się jednak czegoś bardziej fantazyjnego. Zapalnika do uwolnienia niewyobrażalnych zasobów wyobraźni, a wraz z nimi odkrywania niespotykanych nigdzie do tej pory krain. Poznawania przedziwnych nacji, może ciut podobnych do tych realnych, ale nie tak ostentacyjnie zapożyczonych.

Zakład rozwiązano

Umęczone, zmaltretowane i wynudzone rozwiązałyśmy zakład. Walcząc dzielnie łeb w łeb, na zmianę czytając dwunastą część Zwiadowców. Okazała się ona oszustwem i plagiatem pierwszego tomu swego własnego cyklu. Ambitny, młody i zabawny uczeń stał się swym nauczycielem. Marudnym, małomównym i charakternym starszawym zwiadowcą, któremu jak kiedyś tamtemu dokooptowują ucznia, a w zasadzie uczennicę. Parytet bowiem rzecz święta i baba w formacji, w której od setek lat bab nie było być musi. Paskudny ten zabieg niestety wyszedł nieźle i czytało się nawet z przyjemnością. Jaki z tego morał? Podobają się opowieści, kiedy krnąbrna i chaotyczna młodość uczy się od statecznego i mrukliwego doświadczenia.

Cyklu Zwiadowcy nie polecam

Nie jest to porywająca przygodówka, która zachwyca od pierwszej do ostatniej strony. Celowo nie opisuję fabuły, a dziele się tylko odczuciami, jakie we mnie pozostały. Może ktoś mimo wszystko się skusi i na jakiś, dłuższy lub krótszy, czas zostanie Królewskim Zwiadowcą dźwigając na swych barkach trudy i dostojeństwo tego urzędu.

Oprawa muzyczna

Przedstawiam Wam dzisiaj utwór z zupełnie innej książki, która ma wszystko to, czego nie mają Zwiadowcy. Jeśli już mam polecić powieść, która wciąga od pierwszej strony do ostatniej ostatniego tomu, polecam Patrole Łukianienki.

Dla tych co niepaniemają, zupełnie jak.

„Niegdyś wstawaliśmy razem z jutrzenką,
Żyliśmy lat tysiące.
Ale potem ktoś nam ukradł
Ogień, migoczący jak słońce.
Wtedy jedni z nas się modlili,
Inni ostrzyli kły,
Ale wszyscy wtedy piliśmy z Błękitnej Rzeki.

A czas zaczął płynąc przez palce,
Przed zimą płytsza staje się rzeka.
I ten, kto mieszkał tutaj zawsze,
Zaczął winić tych co z daleka.
I jednym dorastały córki,
A innym synowie,
Ale wszyscy wtedy piliśmy z jednego zdroju na zdrowie.

Jeden wznosił się wyżej i wyżej,
Drugi uszkodził skrzydło.
Na jednych polach rosła pszenica,
Na innych niczego nie było.
Jeden umierał, dosięgła go kula,
Drugi zdjął strzelbę z ramienia,
Ale wszyscy wtedy piliśmy
Wodę z jednego strumienia.

Jedni pija wino, inni wywar,
Wspominają ojca lub matkę,
Jeden mówi, ze pora budować,
Drugi, że czas wysadzać.
Lecz zawsze o północy,
Siedzący przy Młynie Losów
Rozstrzyga ich spór:
On mówi, kto ma wyjść na patrol.”

Zoja Jaszczenko – Nocny Patrol

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.