Niestety nie wyszło z tym Okrętem w okresie świątecznym
Co poradzić, czas, czas jest cenny, czasu wiecznie brak. Jutro wracam do zajęć na uczelni i znowu będzie tego czasu mniej. Cóż, trudno, trzeba z tym żyć. Jutro, jutro… a przecież nie wiadomo, czy napiszę całość do jutra, czy opublikuję, czy to wszystko mi się uda. To się jednak dopiero zobaczy — trzeba poczekać i sprawdzić, co przyniesie nam poranek.
Na razie wieczór, termometr pokazuje –19 i temperatura ciągle spada. I doszła tak do –20 w nocy, i auto nasze, nasz kochany czerwony staruszek, nie odpaliło już, biedaczek. A dalej nie padło ani słowo o powieści „Okręt”, a przy życiu na nim nasze tegoroczne sudeckie mrozy to zdecydowanie pikuś.
Das Boot
Tak w zasadzie, myśląc o tej powieści, nie potrafię uwolnić się od tytułu Das Boot. Nie wiem, czemu, ale po niemiecku brzmi to tak twardo, stalowo, sztywno, głęboko i niebezpiecznie. Niefortunna zmiana na polski „Okręt” to kolejna część translacyjnej zbrodni dokonywanej tak często na tytułach zagranicznych produkcji. Z czystej ciekawości sprawdziłam, jak i czy w ogóle przetłumaczono tytuł wydania angielskiego, i okazuje się, że tutaj nazwa pozostała oryginalna. Słuszna była to koncepcja. Szacuneczek dla wyspiarzy.
Długo
Przyznaję się, że powieść czytałam długo i chociaż nie jest to zupełnie moja bajka, wkręciłam się strasznie w życie ludzi w metalowej rurze. Studiowałam wnikliwie ilustracje i zachowane zdjęcia. Strasznie ciekawiło mnie, jak też takie podwodne cudo wyglądało, działało, walczyło. Szokującym dla mnie był fakt, jak niewiele przestrzeni mieli tam ludzie do życia. Naprawdę niewiele — i pisząc „niewiele”, mam na myśli naprawdę tak niewiele, jak tylko można sobie wyobrazić.
Ścisk, zaduch, wszechobecna wilgoć, pleśń. Bliskość innych towarzyszy, niekoniecznie miła i kojąca. Wielomiesięczne wspólne dzielenie ciasnoty, czasem wesołe, czasem irytujące do granic człowieczej wytrzymałości. Nie wiem, jak można w głowie poukładać sobie takie życie — nawet nie chodzi o to, że jest wojna i można zginąć, ale o tę przytłaczającą ciasnotę, o ten brak jakiegokolwiek widoku na świat, a jeśli nawet z jakimś widokiem ma się do czynienia, to są to bezkresne, różnokolorowe, mniejsze lub większe fale. Tak, chyba nie do końca rozumiem ideę żeglarstwa, a życie na morzu wciąga podobno tak samo jak zdobywanie ośmiotysięczników.
Okręt typu VIIC
Z góry przepraszam wszystkich specjalistów od II wojny światowej, pasjonatów uzbrojenia, marynarki wojennej, U-booto znawców i tych panów z Elektrody, co zaraz nawrzeszczą na mnie, że skoro się nie znam, nie mam prawa używać nawet nazwy U-boot, bo uwłacza to całej jego załodze i wszystkim zabranym przez Latającego Holendra marynarzom. Tak, nie znam się, chcę tylko przybliżyć realia. Wybaczcie.


Okręt VIIC to jeden z najmniejszych z niemieckich U-botów. Rura o długości 67 metrów i szerokości 6. Około 50 członków załogi. Dwie toalety, spanie w kojach na zmianę, upychanie w każdej możliwej dostępnej przestrzeni zapasów żywności i bagażu. Miejsca robiło się ciut więcej z każdą wypuszczoną torpedą. Sam rejs rozpoczynał się nawet przyjemnie, wśród zwisających z rur szynek i kiełbas. Humory dopisywały tak pięknie, poprawione przez portowe koleżanki, kilkudniowe pijaństwo i wszczynanie niepotrzebnych rozrób. Zaczyna się tak pięknie, ale w końcu i tak przychodzą wilgoć, pleśń, brak możliwości kąpieli, spokojnego korzystania z toalety wtedy, kiedy się chce, a nie wtedy, kiedy można. Zasypianie ze zmęczenia, kiedy strach zagląda w oczy. A strach ten czai się ciągle, czatuje, szepcze, paraliżuje, obezwładnia zmysły, powoduje niesamowite rojenia i sny na jawie, pełne cudownych wspomnień z pozostawionego gdzieś na lądzie życia.


Sama nie wiem, co dla załogi było koszmarniejszym doznaniem — sztorm czy walka?
W czasie sztormu fale na oceanie sięgają dwudziestu metrów, a niewielka rura tygodniami podjeżdża w górę takiej fali, po czym opada w dół, i tylko czasem kapitan, litując się nad załogą i pozostałościami stołowej zastawy, pozwala na zanurzenie. Tylko na tyle, aby umożliwić załodze chwilę oddechu, odpoczynku od tego ciągłego bujania — a w zasadzie to chyba już nie jest bujanie, a jeżdżenie windą w górę i w dół.
Może nie macie tej świadomości — ja nie miałam — ale taki niemiecki U-boot to nie żadna łódź podwodna w stylu atomowego okrętu amerykańskiej floty. Jak to sam kapitan mówił, to ledwo łódź nurkująca. Pod wodą pływała ona na silnikach elektrycznych, nad wodą napędzały ją diesle. Czyli można rzec, że U-boot to taka współczesna hybryda. Pod wodę zanurzał się jedynie na czas ataków, ucieczek po ataku i ucieczek bez ataku. Pozostały czas okręt pływał po powierzchni, z ciągłymi wachtami na kiosku. Marynarze w sztormiakach, z potwornie ciężkimi lornetkami, ciągle obserwowali horyzont. Wachtowi wypatrywali wrogich statków i samolotów, robili to nawet w trakcie trwającego sztormu, przywiązani do okrętu tak, żeby nie zmyła ich fala. Doszczętnie mokrzy, przemarznięci i zmęczeni.
Ze strachem za pan brat
Strach, ciągły strach — a to przed nalotem, a to przed bombami głębinowymi, minami, niszczycielami okrętów podwodnych i przedziwnym, piaskowo-trzeszczącym namiarem ASDICu. Tak miesiącami patrolujący ocean, miesiącami szwendający się pozornie bez celu, żeby raz czy dwa zaatakować kogoś torpedą, a z dziesięć razy uciekać, kryć się pod wodą tak głęboko, że gwarancja producenta łodzi nie przewidywała nawet możliwości takiego zanurzenia.
Moja miłość – Hydroakustyk
Wracając jeszcze do wspomnianego wyżej ASDICu. To nic innego jak wczesna wersja sonaru, używanego przez Brytyjczyków. Co mieli na to do dyspozycji zanurzeni w puszce niemieccy marynarze? Mieli oni właśnie hydroakustyka i to był naprawdę świetny gość. Siedział on w słuchawkach i słuchał. Pilnie i w skupieniu rejestrował dźwięki dobiegające z zewnątrz, dźwięki śrub innych okrętów i co najważniejsze czy zbliżają się czy oddalają. Słuchał jak blisko wybuchają głębinowe bomby, czy to już ten moment w którym przyjdzie przenieść się na tamten świat. Hydroakustyk wzbudza moją niepohamowaną fascynację. Czytając wyobrażałam sobie jak może też wyglądać szkolenie hydroakustyków, jak brzmią te wszystkie przytłumione dźwięki. Zanurzałam wtedy całą głowę w wannie i nasłuchiwałam jak brzmi świat spod wody. Wanna jest jednak ciepła i bezpieczna, nie potrzebuje wyrzutni torped i szynek ukrytych między rurami odpływu.

I wreszcie ON – Kapitan
Szalony kapitan zwany Starym, chociaż skończył ledwo 30 lat. Jego postać wzorowano na osobie Heinricha Lehmanna-Willenbrocka. Kapitan to był naprawdę niesamowity człowiek — nie dość, że sprawiał wrażenie, że zna się na każdej śrubce swojego statku, nie było w nim, pozornie, ani krzty przerażenia czy strachu. Był też wspaniałym psychologiem; własną postawą i zmyślnością utrzymywał załogę w jako takiej kondycji psychicznej, chroniąc wszystkich zarówno przed atakami z zewnątrz, jak i przed autodestrukcją.

Myślę, że czytając o jego książkowych wyczynach, chciałabym przeczytać właśnie jego biografię. Co przeżyć musiał taki człowiek, że ledwo doroślejąc, duszę miał tak zbolałą i ciężką, że nazywano go Starym właśnie? Ile lat dokładał człowieczej duszy jeden rejs U-bootem, jedno bombardowanie, jedno zanurzenie, z którego ledwo udało się wynurzyć, jedna zdrada, jeden nalot, jeden wielomiesięczny sztorm? Pot, brak tlenu, spanie w masce na twarzy, pleśń, rozmowy o dupach i fiutach — ciekawe, że rzadko o pozostawionych tęskniących żonach. Chyba że ze smutną rozkminą o tym, ile razy puściła się z kimś innym.
Lothar-Günther Buchheim – Okręt
Nie jest to powieść łatwa i przyjemna. Bywa męcząca, bywa zbyt długa, nudnawa. Początek się ciągnie, i końcówka też jest, moim zdaniem, zbyt długa. Może gdyby część skrócić, byłoby to dzieło wybitne. Jest w niej jednak jakiś magnetyzm, coś, co każe brnąć dalej i przecinać dziobem kolejne fale tekstu. Chociaż wiem, że są jeszcze kolejne części, nie ciekawią mnie dalsze losy bohaterów. Jeden Okręt w zupełności mi wystarczy.
Jeszcze krótkie słowo o Niemcach
Tak, Okręt to o nich książka. Chociaż tak naprawdę mogłaby być o każdej, dowolnej załodze tamtych czasów. Czy wychodzi z niej jakiś nieakceptowalny obraz nazisty? Nie szczególnie. Ot, żołnierze jak wszyscy, zupełnie inni niż piechota, tacy walczący z odległości, przez co może nawet mniej straszni, za to wywoływane przez nich szkody były bardzo spektakularne.
Kiedy myślę o tych ludziach i o moim pradziadku, zasypanym gdzieś w piaskach Afryki, boli mnie serce. Myślę wtedy o braku logiki w wojennych okropnościach, że mimo tych wszystkich książek, jak Dymy nad Birkenau, jak Na zachodzie bez zmian, 5 lat kacetu i mnóstwa innych zatrważających relacji, to nic nie dawało i nadal nie daje. Chyba tylko Sołżenicyn miał rację w tej kwestii, mówiąc: „Ludzie zapomnieli Boga; dlatego to wszystko się stało.”
