Alice Springs wita

O tym jak… iść na zachód od Alice Springs – Robyn Davidson

Szybko, szybko zanim zapomnę

Czas ucieka a tu tyły i tyły, zacznę się chyba nazywać człowiekiem tyłem… nie mylić z tyłkiem. Zanim zapomnę co miałam do powiedzenia o tej – nie wiem jak to określić – relacji, reportażu, bo nie powieści chyba, zabieram się za robotę. A robota ta będzie niełatwa, bo i historia miała swoje wzloty i upadki.

Na zachód od Alice Springs

Moja przygoda z Robyn Davidson i jej wielbłądami zaczęła się na samym początku blogowej przygody. Konkretnie: od cudownego filmu nakręconego na podstawie tej historii. Tym, którzy nie wiedzą i nie znają przypominam:

O tym jak… śmieszny może być wielbłąd

Do biblioteki jednak nie musiałam się udawać. Mój niezastąpiony małżonek szarpnął się i za jakieś – 90,00NieWiemDokładnieNiePamiętam – kupił dla mnie opowieść o wielbłądziej damie. Niestety… przepłacił. Nie o to chodzi, że mam mu za złe, bardzo to było z jego strony kochane, skąd też miał wiedzieć co zastanie w środku i czy to zastane wnętrze warte jest swojej ceny. Niestety nie jest. I chociaż chwilami się broni, nadal nie jest.

Czego się nie spodziewać w Na zachód od Alice Springs

Biorąc w ręce, trochę jak magiczną relikwię, spodziewam się czegoś czym ta książka kompletnie nie jest. Spodziewałam się wielkiej i niebezpiecznej podróży wgłąb ludzkiej duszy. Spodziewałam się wyprawy w poszukiwaniu… no właśnie, czego? Swojego miejsca na ziemi, Boga, spokoju, czegoś metafizycznego co taka wyprawa powinna przecież nieść. Niestety, zawiodłam się srodze. Zamiast wzniosłych idei otrzymałam opis perypetii wyjątkowo zmierzłej baby, której nawet nie sposób lubić. Do tego, choć sama temu zaprzecza, feministki, ekologa, obrońcy uciśnionych i jakiejś formy hipisa połączonego z wielbłądzim dżokejem. Z całego mistycyzmu pozostało jedynie odarcie z człowieczeństwa okraszone niewielką acz zauważalną dozą hipokryzji.

Na zachód od Alice Springs
Kadr z filmu Trucks

Feminizm

Wiecie już pewnie, że nic mnie tak nie wkurza jak feminizm. Mam alergie na wszelkie, nawet najdrobniejsze jego przejawy. Wyznające go – chciałam napisać „Panie”, ale to się nie godzi, napiszę więc istoty – trułabym azotoksem, czy innym DDT. Możecie się obrażać do woli, ale feminizmowi mówię kategoryczne i stanowcze – NIE! Pani Davidson swojego feminizmu się wypiera, oburza nawet na różnej maści feministyczne organizacje, które przypięły się (niechciane) do jej wyprawy, gloryfikując ją jako wielkie dzieło swojego gatunku. Z drugiej jednak strony krytykuje męski szowinizm, wszelkie przejawy narzuconej na kobiety roli społecznej. Macierzyństwo zamienia na matkowanie psu i wielbłądom. Z tej też przyczyny, z chęci ucieczki od narzuconych przez złe społeczeństwo norm ucieka na pustynię, a tak naprawdę, do małych wiosek, w których znienawidzone normy są jeszcze bardziej widoczne i uwypuklone. Tak naprawdę sama podróż przez pustynię jest jedynie niewielkim fragmentem, jakby obowiązkowym wtrąceniem w zupełnie inne treści.

Ekologia i obrona rdzennych mieszkańców

Małe, bardzo małe mamy pojęcie jak podła może być polityka, wielki biznes i interesy klasy rządzącej. Tam gdzie pieniądze lub chociaż niewielki cień nadziei na ich zdobycie, zaraz pojawia się okrucieństwo, wywłaszczenie rdzennych mieszkańców, budowa rezerwatów oraz niszczenie naturalnego środowiska. Nie inaczej w Australii. Skoszarowani w dzielnice biedy i obozy Aborygeni zmuszeni są do koegzystencji ze światem, którego ani nie rozumieją, ani nie chcą. Wygnani z własnych ziem stłoczeni w getta wiodą smutne życie bez perspektyw. Z odgórnie narzuconą administracją, szkolnictwem i medycyną, ale już nie pracą. Biali udają, że Aborygenów asymilują, a tak naprawdę trzymają ich z dala od siebie podsycając rasizm i obopólną nienawiść.

Na zachód od Alice Springs

To wszystko wynika z książki. Brzmi jednak podręcznikowo i sztucznie, zbyt dużo utyskiwania na los biednych Aborygenów, a tak niewiele pozytywów z nimi związanych. Edi- to za mało. Był on kwintesencją rdzennego mieszkańca Australii i nie wyglądał wcale na rozczarowanego państwowym programem ochrony. Żył, bo żyć trzeba i robił to z niebywałą godnością. Do licznych fragmentów opisujących życie autochtonów, we wspomnianych obozach, autorka dodała nawet podziękowania i przypisy pochodzące z innych zaangażowanych w ten temat książek, sądzę więc, że jej zamiarem było dobitne unaocznienie wszelkiego zła, którego na Aborygenach dopuścił się biały człowiek.

Hipiska

Pani Davidson nie jest niczym innym jak wędrującą, obrażoną na społeczeństwo hipiską. Tak naprawdę jej wyprawa wcale nie była niebezpiecznym, morderczym przedsięwzięciem (to parafraza jej własnych słów). Całą drogę, w spacerowym tempie, dreptała sobie od farmy do farmy, od stacji do stacji gdzie zawsze ugościli ją jacyś przemili, zakuci w społeczne okowy ludzie. Ludzie, którzy często odejmowali sobie od ust aby nakarmić ją i wielbłądy. Ludzie, u których bawiła tygodniami, siedząc przy ognisku i zajmując się kompletnie niczym, a jedynie prowadząc dysputy o problemach jątrzących świat, czyli zasadniczo pociskając pierdoły, jedząc ich ofiarowane z dobroci serca jedzenie, korzystając z ich wody, łóżek, samochodów. Zadziwiające ile dobrych ludzi ta zrzędliwa istota, której nic nie odpowiadało, która non stop marudziła, jęczała i złościła się, spotkała w swojej drodze na zachód od Alice Springs, w drodze nad morze.

Wielbłądzi dżokej

Na zachód od Alice Springs

Zulejka, Bub, Duckey i Goliat to najjaśniejsze punkty całej opowieści. Wszystko co z nimi związane było niesamowite i ciekawe. Wielbłąd jest zwierzęciem o niezwykłej osobowości, jest to jednak osobowość trudna, nieprzewidywalna, która wymaga z jednej strony pieszczot, a z drugiej konkretnego, naprawdę konkretnego lania. Żałuję, że autorka nie poświęciła dużo więcej przestrzeni w książce swoim ukochanym podopiecznym. Skupiała się głównie na praktycznych elementach takich jak to czy są zdrowe, czy nie obcierają je siodła, czy mają co jeść, jak je spętać na noc. Pani Davidson tak bardzo była zapatrzona w swoją osobę, że zapomniała podzielić się z czytelnikiem pięknem krajobrazu, gwieździstego nieba, wielbłądziej natury.

Na zachód od Alice Springs to raczej  praktyczno – rozsądny podręcznik w temacie wypraw z wielbłądami. To strasznie mnie zawiodło, chociaż sama mam praktyczno – rozsądna naturę. Jest kilka momentów, w których można doszukać się zachwytu nad Boskim stworzeniem, ale to myśli tylko na chwilę spuszczone ze smyczy, szybko przywołane do porządku, do praktycznej strony wyprawy. Do codziennego wstawania, plejady obowiązków, herbaty i jedzenia, pakowania i rozpakowywania, marszu, odpoczynku, rutyny i nudy.

Odarcie z człowieczeństwa

Mamy tu chyba do czynienia z tezą główną i założeniem całości. Skoro autorka wyruszyła na wyprawę zniesmaczona normami narzucanymi przez społeczeństwo, normy te w czasie podróży odrzuciła. Chodziła goła, brudna i śmierdząca. Kiedy wyszły podpaski wędrowała z krwią miesięczną cieknącą po udzie. Niesmaczne, owszem. Z jednej strony odrzucała dobrodziejstwa czy przeszkody ludzkości, a z drugiej w obecności innych, wskakiwała w ubranie i radośnie korzystała ze zdobyczy znienawidzonej cywilizacji – łóżek, pryszniców i samochodów. Brakuje mi konsekwencji, wszystko to chaotycznie się przeplata; raz załamana, raz podekscytowana i szczęśliwa, zmów marudna i zła, narzekająca na wszystko i wszystkich, pisząca listy i rozentuzjazmowana. Nie ogarniam tej kobiety. Poszła na żywioł i zamiast o tym właśnie pisać – o tym chaosie kobiecej duszy – sili się na hołdowanie lewicowym ideałom, starając się nimi tłumaczyć własne „chciejstwa”.Na zachód od Alice Springs

Czy polecam Na zachód od Alice Springs?

No właśnie nie wiem. Nierówna ta książka, momentami nużąca. Bohaterka denerwująca. Dobrze zapowiada się na początku i nieznacznie rehabilituje na końcu, kiedy wreszcie przestaje zrzędzić i zaczyna choć trochę dostrzegać piękno otaczającego ją świata i szczęście z zaznanej wolności. Nie przestaje mnie Ona zadziwiać. Kobieta, która ukochała wolność i przestrzeń, tak dobitnie zaznała całego ich ogromu, jak sama opowiada, pisze tę książkę w maleńkim Londyńskim mieszkaniu. Jak po czymś takim można żyć w maleńkiej klateczce wielkiego miasta, jak powtórnie uwięziony ptak? Niezrozumiałe to i dziwne.

Trzeba jednak oddać Pani Robyn Davidson, że dokonała czegoś niesamowitego, czegoś co przeszło do historii, co zostało udokumentowane przez National Geographic. Ponieważ sama nie chciała pisać tej książki, nie powinno się jej do tego zmuszać. Czemu nie chciała pisać? Myślę, że wiedziała, wiedziała, że wyprawa straci wtedy swoją duszę, tajemniczość, piękno domysłów i  niedopowiedzeń. Po całym przedsięwzięciu powinien pozostać jedynie album ze zdjęciami i to on miał opowiadać historię z wyprawy na zachód od Alice Springs.

Ocena (wg serwisu Lubimy Czytać) – 4/10 (może być)


Gratisy

Wszystkie zdjęcia z wyprawy objęte są prawami autorskimi. Dla ciekawych jak to w rzeczywistości wyglądało służę linkiem

Ponownie polecam także film, który niczym Łowca Androidów, jest lepszy od książkowego pierwowzoru.

 

Jakość badziewna ale dla chcącego…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.